piątek, 22 czerwca 2018

Łąki łan


Nie ma jak spacer w piękny, pogodny dzień. Na Polesiu lato w pełni, na polach zakwitły chabry, maki i rumianki – moje ulubione kwiaty. Ulubione, bo polne, a nie sadzone w doniczkach i na rabatach. Jednak widać ich obecnie znacznie mniej w porównaniu z ubiegłymi latami. Sami jesteśmy sobie winni, stosując opryski przeciw chwastom. Oprysk nie ma przecież pojęcia, że chwast zmieni się w piękny kwiat, który będzie cieszył oko i ducha, a przede wszystkim pszczoły.


Ile warte są pszczoły? Ciężko przeliczyć ich wartość na złotówki. Nie możemy przecież sprzedawać ich mięsa na kilogramy, nie możemy z ich skór produkować modnych kurtek czy butów. Czyżby więc pojedyncza pszczoła nie była nic warta? Pszczoły są bezcenne! Każdy z nas czerpie korzyści z ich obecności. Te pracowite owady nie są wyłącznie producentami miodu i innych dobrodziejstw, wykorzystywanych przez ludzi od wieków. Żeby powiedzieć o wszystkich prozdrowotnych właściwościach miodu, pyłku, mleczka pszczelego czy propolisu, trzeba by napisać kilka różnych postów. Najważniejszą rolą pszczół, z punktu widzenia człowieka (bez względu na to, czy lubi miód, czy nie), jest zapylanie roślin. Aż 90 procent znanych nam owoców może cieszyć nasze kubki smakowe właśnie dzięki pszczołom. Uwaga, teraz będzie rubasznie: aby powstał owoc, potrzebny jest zapylacz, który przenosi pyłek z pręcików jednego kwiatu na znamię słupka innego. Tak, fruwając z kwiatka na kwiatek, dzielna pszczoła bierze aktywny udział w rozmnażaniu roślin przez zapylenie (Opis można wykorzystać w edukacji młodzieży – jest dopuszczony przez Ministerstwo Edukacji Narodowej i Ministerstwo Obrony Narodowej). Gdyby nie ich całodzienna praca, nie mielibyśmy czego jeść.


O roli pszczół w przyrodzie i gospodarce człowieka można by pisać naprawdę długo – to niezwykłe zwierzęta. W obronie ula są gotowe poświęcić własne życie. Podczas jednego kursu po nektar pszczoła odwiedza od 50 do 100 kwiatów, a żeby wyprodukować kilogram miodu, trzeba usiąść na ponad 6 milionach kwiatów i przelecieć przy tym niemal 300 000 kilometrów! Informacje na temat miejsc, w których można zebrać duże ilości nektaru, pszczoły przekazują sobie za pomocą… tańca! Porozumiewają się ze sobą także za pomocą dźwięków, a nie bez znaczenia jest także udział feromonów. To tylko niewielka część tego, co potrafią i skrywają przed nami pszczoły. Chociaż jednak są na Ziemi znaczniej dłużej od nas, a miód wytwarzają w niezmienny sposób od 150 milionów lat, zaczynają cierpieć z naszego powodu.


Od lat badacze opisują tzw. wielkie wymieranie pszczół, doszukując się przyczyn głównie w stosowaniu pestycydów. Nie chcę wchodzić w polemikę, bo jak zwykle znajdą się artykuły, opisujące to zjawisko z jednej i drugiej strony. Niech do myślenia da nam jednak fakt, że niektóre uprawy ludzie muszą zapylać już ręcznie – za pomocą specjalnych pędzelków czy dronów. Otaczający nas krajobraz ulega ciągłym przemianom, pszczołom zwyczajnie brakuje miejsca do życia. Co możemy zrobić, aby pomóc tym pożytecznym owadom?


W Poleskim Parku Narodowym działają dwa projekty, wspierające dziko żyjące owady zapylające. W ramach tych projektów na terenie Parku umiejscowiono 20 domków dla zapylaczy oraz powieszono 10 kłód bartnych. Domki są zasiedlone głównie przez murarki ogrodowe – pszczoły samotnice. Nie pozyskuje się od nich miodu, ale pszczoły te nie są w stanie użądlić (coś za coś). Barcie powieszono z myślą o dziko żyjących pszczołach miodnych. Umieszczono je na skraju lasów, bo pszczoły również tam pełnią bardzo ważną i pożyteczną funkcję.


Pszczele barcie w PPN. Fot. J. Szymański 
No dobrze, to zrobił Poleski Park Narodowy i chwała mu za to. Co jednak mogę zrobić ja? – to pytanie od dłuższego czasu nie dawało mi spokoju. Genialne rozwiązania biorą się najczęściej z lenistwa. Od lat jestem użytkownikiem dość sporego trawnika, który trzeba regularnie kosić, żeby wyglądał przyzwoicie. Zajęcie oczywiście bardzo przyjemne (zwłaszcza gdy w lodówce chłodzi się nagroda), zabiera jednak sporo czasu, którego – jak wszystkim – mnie również brakuje. Już dwa lata temu zostawiłem kawałek niekoszonych chabazi, by po pierwsze – mieć mniej „hektarów” do oblatania, po drugie – urozmaicić trochę krajobraz wokół chatki, po trzecie, najważniejsze – dać pożytek zapylaczom. Pomysł udał się połowicznie. Faktycznie, miałem mniej koszenia, ale mało było w niekoszonej części kwiatów. Postanowiłem pójść o krok dalej.


Na początku tegorocznego sezonu ogródkowego wziąłem się do ciężkiej pracy. Przygotowałem grunt z pomocą ogrodnika Macieja (którego chciałbym serdecznie pozdrowić), zglebogryzowałem podłoże z dodatkiem bardziej żyznej gleby, bo jak mówi przysłowie: [Na Polesiu] piaski, laski i karaski. Przez Internet (tak, mam Internet w chatce) zamówiłem specjalną mieszankę nasion roślin jedno- i wieloletnich. Trochę zaniepokoiło mnie, że są wśród nich gatunki obce, ale z opisu na stronie dowiedziałem się, że nie mają cech gatunków inwazyjnych. Kiedy przesyłka wreszcie do mnie dotarła, niczym Boryna z „Chłopów” zakasałem rękaw u koszul i ano bieżyłem posiać łąkę jak potrza!


Smutno było patrzeć na goły plac ziemi, kiedy wokół pojawiały się pierwsze wiosenne kwiaty, łąka potrzebowała czasu, a przede wszystkim deszczu. Opadów brakuje nawet dziś, postanowiłem więc po upalnych dniach podlewać swoje poletko.  W czerwcu trud został wreszcie nagrodzony – pojawił się pierwszy, żółty kwiat! Później poszło już lawinowo. A tak łąka prezentowała się parę dni temu.







Kawałek łąki stał się rajem dla motyli, trzmieli i pszczół. Pewnego wieczoru odwiedził mnie nawet fruczak gołąbek! To taki zawisak, udający kolibra, ale ja nie dałem się nabrać. Zdjęcie wykonała przyszła współwłaścicielka łąki – Patrycja. W planach mam jeszcze własnoręcznie przygotowanie domku dla zapylaczy, nie zdążyłem jednak przed napisaniem posta, dlatego efekty zobaczycie pewnie niedługo na Facebooku.


Łąka zrobiła także wrażenie na moich rodzicach: Mamie, która jest dla mnie niedoścignionym wzorem, jeśli chodzi o aranżację i pielęgnację ogrodów oraz Tacie, pszczelarzu pasjonacie z prawie trzydziestoletnim stażem. Tak bardzo spodobała im się moja łączka, że w przyszłym roku planują zrobić podobną w pobliżu swojej leśniczówki i pasieki.


Na koniec anegdotka: dwa tygodnie temu w Warszawie zaczepił mnie działacz jednej z popularnych organizacji „ekologicznych”.
– Chcesz pomóc pszczołom? – zapytał.
– Jasne, już to robię! W czym mogę wam pomóc?
– Przelej nam środki na konto, bo dzięki naszym staraniom udało się już postawić dziewięć hoteli dla zapylaczy w Warszawie.
– Ile? – ręce mi opadły…
– No, dziewięć… 
Dyskusja trwała długo, ale sprowadzała się do wyuczonych frazesów i do zachęty ustawienia polecenia stałego przelewu na konto organizacji.


Słuchajcie, nie dajcie się wmanewrować w podobne darowizny. Sami możecie zrobić znacznie więcej i to o wiele mniejszym kosztem: posiejcie łąkę, zbudujcie domek. Nie macie ogródka? Posiejcie kwiaty na balkonie, nie używajcie mocnych urządzeń wkładanych do kontaktu przeciwko muchom i komarom. Wszyscy na tym skorzystamy. Pamiętajmy o ogrodach, przecież stamtąd przyszliśmy.


3 komentarze:

  1. Piękna łąka! ��

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękna łąka ale czego się było spodziewać bo pracy profesjonalnego zakładacza łąk ;) Szkoda, że od momentu jej zakładania nie dane było mi już jej zobaczyć ale może uda się to nadrobić. Dodam, że w Lubinie też zaczynają się pojawiać na skwerach, w parkach i przy drogach takie o to właśnie łąki kwietne może nie takie piękne jak ta lejniańska ale też mają swój urok i aromat ;)

    OdpowiedzUsuń