piątek, 30 czerwca 2017

Lato czeka!


„Lato, lato, lato czeka…” Ta piękna piosenka mojej młodości zawiera w sobie także przykrą myśl: „a tam ciągle nie ma nas”, więc żeby rzeka i las nie musiały na mnie czekać, wyszedłem przyrodzie naprzeciw. Ostatni miesiąc owocował w ogrom spotkań i sytuacji, które warto było uwiecznić lub opisać.  Nie traćmy więc czasu na uprzejmości i do roboty! Czas na ciepłego posta (rymuje się z „tosta”, więc polecam do kawy przy czytaniu tego tekstu) prosto z Polesia!


Działo się ostatnio wiele, ale jak ma się to szczęście, że żyje się w najlepszym miejscu na świecie – ciężko, żeby nic się nie działo… Wystarczy tylko otworzyć drzwi i wyjść z drewnianej chatki. Ostatnio przejawiam większą aktywność rowerową, co prawie spowodowało, że czerwcowy tekst zmieniłby się w epitafium… Ale o tym później. Ból tyłka i kolan szybko zrekompensowały mi spotkania ze zwierzętami, kryjącymi się w poleskich ostępach. Wystarczyło raz przejechać się „welocypedem” i już mamy: zajączki hasające w owsie, koziołka skrytego za łozą i strachliwego gąsiorka, który nie dał się podejść. Nieoceniony okazał się tutaj pożyczony od bliskiej mi osoby (nie powiem od kogo, bo jak każdy superbohater muszę chronić swoich najbliższych) obiektyw 70-300 mm. Ludzie, byłem ślepy, a ujrzałem! Całe życie myślałem, że żeby zrobić dobre zdjęcie łosia, trzeba na niego wskoczyć i wytłumaczyć mu, że będzie gwiazdą (chociaż nie wiem jak u łosi z parciem na szkło). Obyło się jednak bez próby ujeżdżania króla bagien, wystarczył długi obiektyw. Spotkanie z łosiem miało miejsce na ścieżce przyrodniczej „Perehod”, gdzie zabrałem na popołudniowy spacer swoich serdecznych przyjaciół. Byli tam pierwszy raz i chyba właśnie to zapewniło nam sukces łowów, bo chwilę za łosiem czekał na nas żółw.


Była to samica wychodząca na lęgowisko składać jaja. Żółwi na „Perehodzie” jest sporo, ale pierwszy raz widziałem panią żółw w tym właśnie miejscu. Żółwica ewidentnie miała parcie na internety, długi czas bowiem pozowała turystom (którzy podobnie jak ja, przed pożyczką obiektywu, próbowali dosiąść zwierza, by zrobić mu zdjęcie). Państwo zostali poinformowani, że nie warto jej teraz zaczepiać, a żółwica po sesji zdjęciowej udała się w wybrane miejsce na złożenie jaj.


O żółwiach też mógłbym Wam wiele pisać – przełom maja i czerwca to bowiem czas niezłych jaj, tzn. składania jaj. Sporo czasu i uwagi poświęcaliśmy więc naszym skorupiastym paniom. O tym, jak to jest z tymi żółwimi jajami, można przeczytać w ubiegłorocznym tekście (wiem, wiem – wszyscy już czytali). Mogę się pochwalić, że w tamtym roku na „żółwiowisku”, będącym pod moją opieką pojawiło się dziewięć samic, podczas gdy w tym roku było ich już dwanaście. Widać progres! Nagrałem nawet film, pokazujący, jak wygląda samo składanie jaj (link do filmu i starszego tekstu o żółwiach na końcu posta). Możecie więc w spokoju przy tościku i kawie, bez ryzyka pożarcia przez komary, zobaczyć iście jajcarski film.

Polesie pochłonęło mnie całkowicie, w ostatnich dniach odwiedziłem kilka razy ścieżkę „Spławy”, gdzie czekały na mnie stada przeróżnych żab i malownicze skrzypy bagienne, które właśnie teraz można podziwiać w całej okazałości. Kilometry kładek zdecydowanie nie nadają się do jazdy rowerem, więc tutaj już musiałem polegać na własnych podeszwach, ale powiem Wam – warto!


Nie tylko „Spławy” są godne polecenia na wakacyjne wypady. Kilkakrotnie zawitałem też u sędziwego „Dominika”, gdzie również jest co podziwiać. Jeśli chcecie zobaczyć, jak wyglądają drapieżne, bezlitosne, krwiożercze rosiczki, to teraz jest najlepszy czas na to pełne niebezpieczeństw spotkanie. Rosiczki rosną na splei całymi stadami i nie powinno być problemu z ich dostrzeżeniem.  Jeszcze parę dni temu spacer po kładkach na „Dominiku” umilał nam zapach kwitnącego bagna zwyczajnego. Lekko odurzony tą wonią, zacząłem strzelać (fotki – oczywiście) do owocujących wełnianek. Tych było w tym roku na „Dominiku” zatrzęsienie i do tej pory można jeszcze podziwiać ich białe, puchowe owoce.



Ścieżka „Dąb Dominik” jednak też prowadzi przez kładki, więc rowerem nie wypada, trzeba było szukać dalej. Jedną z ciekawszych tras, jakie ostatnio pokonałem, jest Eko-szlak „Urszulin – Perehod” ciągnący się – jak nazwa wskazuje – od Urszulina do ścieżki „Perehod”. Trasa ta łączy wszystkie piesze ścieżki PPN, ale sama w sobie jest całkiem ciekawa (zwłaszcza fragmenty z gruzem i piachem). Pozwala poznać uroki Polesia z siodełka roweru. Dojeżdżając do „Perehodu”, pomyśleliśmy wraz z moją towarzyszką (którą muszę chronić, jak przystało na suberbohatera), że warto wybrać się jeszcze na „Mietiułkę” i „Durne Bagno”. I wiecie co? Warto było! Sama „Mietiułka” pokazała nam kilka saren, masę ptactwa i niesamowite widoki zachodzącego słońca, a na „Durnym Bagnie” czekała na nas inna para. Para ta, wbrew wszelakim zakazom i obostrzeniom, wbrew obecności Służby Parku (tj. mnie), ignorując jakiekolwiek prośby i groźby, spacerowała sobie po samym środku „Durnego Bagna” wśród łanów wełnianki! A Parkowiec, niewiele myśląc, wyciągnął aparat i jak zwykle – zaczął strzelać. Była to bowiem para żurawi, która – najpewniej po przeczytaniu tekstu na blogu – chciała sama sprawdzić, jak to z tym „Durnym Bagnem” jest.

A my? Wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy dalej.  I tak mi się ten rower spodobał, że aż urwałem korbę… Udało się tym razem oszukać przeznaczenie, ale nie obyło się bez bólu. Rama bowiem wysoka, a jak się spadnie na nią z siodełka, to już możecie się domyślić – co się stanie. Z tak przygotowaną jajecznicą dotarłem do domu, rower naprawiłem i gotowy jestem na kolejne wyprawy! Lato, lato, lato czeka… A tam ciągle nie ma Was! 😊
Tutaj film o tym jak to żółwie składają jaja:
I post o żółwiach:
Śledźcie fanpage:
Zaglądajcie na Instagrama:
I zakładajcie odlotowe koszulki: