sobota, 22 grudnia 2018

Świąteczna opowieść z Polesia


Dawno, dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma bagnami, gdzieś na poleskich moczarach żyła sobie pewna rodzina. Rodzina znana w całej okolicy ze swojej niezwykłej zażyłości. Rodzice czule opiekowali się dziećmi, starsze rodzeństwo opiekowało się młodszym, a młodsze dokuczało sobie nawzajem, bardziej dla zabawy niż ze złośliwości. Byli wzorem do naśladowania. Wszyscy byli pod wrażeniem tego, jakie panowały tam relacje. Członkowie rodziny nigdy się nie rozdzielali, chodzili zawsze na wspólne spacery, razem zasiadali do stołu, bawili się ze sobą i wspólnie odpoczywali. Każdy stawał murem w obronie swoich bliskich.

Zimy na Polesiu bywają ciężkie... Rok 2014

Pewnej zimy, tuż przed świętami Bożego Narodzenia rodzina musiała zatroszczyć się o wspólną wieczerzę. Nie było to wcale proste. Nie było możliwości pojechać do marketu i wypełnić po brzegi sklepowy wózek smakołykami i prezentami dla bliskich. O jedzenie trzeba było powalczyć samodzielnie. Sytuację pogarszała sroga zima, która tego roku przyszła znacznie wcześniej. Polesie zawiane śnieżnymi zaspami, mróz ścinający aż do szpiku kości – to nie najlepsze warunki do świątecznych przygotowań…

Nasza rodzina jednak nie znała strachu. W ich wspólnym domu zawsze było ciepło i przytulnie. W najcięższe mrozy wszyscy zbliżali się do siebie i wtuleni byli w stanie przetrwać najzimniejsze noce. Ze świąteczną ucztą radzili sobie równie dobrze. Każdy z członków miał określone zadanie do wykonania. Rodzice, chociaż sami mieli do zrobienia najwięcej, czuwali nad pozostałymi członkami rodziny i pomagali im w obowiązkach.

Droga do chatki. Luty 2014 

Wreszcie, gdy zapadł zmierzch, spotkali się przy jednym stole i okazało się, że jedno miejsce jest puste… W całym tym zamieszaniu nie zorientowali się, że brakuje najstarszego z braci.

– Gdzie on się podział? – zapytał ojciec.
– Wydawało mi się, że był tuż za nami – odpowiedział jeden z synów.

W tym czasie zagubiony szukał drogi do domu. Jeszcze przed chwilą biegł za swoimi braćmi, zdarzyło się jednak coś niespodziewanego. Tuż przed nim pojawiło się dziwne światło, zbliżające się w jego kierunku. Światło na tyle silne i intensywne, że oślepiło naszego bohatera. W końcu snop jasnego światła zatrzymał się tuż przed oczami zagubionego. Po chwili od strony świateł wydobył się przeciągliwy dźwięk „dzyyyyyyy”. Nasz bohater nigdy wcześniej nie słyszał niczego bardziej przeraźliwego. Puścił się biegiem jak najdalej od strasznych świateł i jeszcze straszniejszego dźwięku. W całym tym zamieszaniu stracił jednak orientację i zgubił drogę do domu. Błądził sam pośród zimy, śniegu, zasp i mrozu, kiedy wszyscy zasiadali już pewnie do stołu…

Wichry zimy. Luty 2014

Pośród wichrów zimy usłyszał coś, co przywróciło mu nadzieję; coś, co napełniło jego serce ciepłem i pokojem – wołanie, wołanie całej rodziny. Byli tuż za zaspą, wyszli wszyscy, żeby go odnaleźć.  Spotkali się w głębokiej zaspie i nie rozstawali się już nawet na chwilę. Całą rodziną zaczęli wieczerzę, a później, wtuleni w siebie, posnęli.

Julian Fałat "Zima na Polesiu"
Czwartkowy wieczór nie zapowiadał się zbyt interesująco. Świąteczne zakupy zrobione, chatka posprzątana, prezenty przygotowane, a rybka uwędzona. Można było bezpiecznie wrócić do domu i cieszyć się ciepłem, bijącym z kominka. Droga nie była jednak łatwa. Ostatnie opady śniegu oraz silny wiatr znacznie utrudniały powrót z pracy. Gdy po długiej podróży na horyzoncie majaczyła chatka, poczułem ulgę. W tym momencie stało się coś naprawdę niespodziewanego: na mojej drodze, tuż przed samochodem, stanął wilk. Tak, prawdziwy wilk! Nie jest to moje pierwsze spotkanie z tymi zwierzętami, jednak zawsze przyprawia mnie o ciarki. Wilk stał bez ruchu, pewnie tak samo zdziwiony spotkaniem, jak ja. Dopiero gdy otworzyłem szybę samochodu, a silniczek wydał charakterystyczny dźwięk „dzyyyyyy”, wilk zrozumiał niebezpieczeństwo i puścił się biegiem na ośnieżone pola i łąki. Mam nadzieję, że podobnie jak ja, trafił do domu.

Julian Fałat "Zima na Polesiu"


Z okazji świąt Bożego Narodzenia pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia! Żeby każdy z nas miał czas na to, co naprawdę ważne – na spotkanie z drugim człowiekiem, na chwilę wytchnienia od codziennego zgiełku i wtulenie się w kogoś bliskiego. Dziękuje Wam za kolejny rok wspólnej przygody na blogu Okiem Parkowca. Mam nadzieję, że będziecie mi towarzyszyć także w kolejnym roku. To wszystko dla Was! Wesołych Świąt.


piątek, 7 grudnia 2018

Dwa słowa o interpretacji


Ledwie człowiek zdążył się rozpakować, wciągnąć nosem dwa wdechy poleskiego powietrza i znowu ruszył w drogę. Tym razem – w odległe Tatry. Każdy, kto spędził ze mną więcej niż 10 minut, wie, jak głęboko w moim sercu umiejscowione są góry, a Tatry mają tam szczególne miejsce. Nie trzeba było więc długiego namawiania, spakowałem się i ruszyłem w kolejną podróż. Tym razem przyszło mi się zmierzyć z interpretacją. 

Brałem udział w pięciodniowym szkoleniu: Nowoczesne metody w edukacji przyrodniczej, organizowanym przez Ministerstwo Środowiska w ramach projektu Promocja Polskich Parków Narodowych jako marka


Metoda interpretacji to w naszym kraju nowość. Coś, co znane jest na świecie od kilkudziesięciu lat, u nas dopiero zaczyna się rozwijać, a my będziemy kołami zamachowymi tego rozwoju. Nie chcę Wam tutaj przytaczać naukowych definicji, powiem Wam, jak ja to czuję. Chodzi o to, żeby rozmawiać z ludźmi. Najważniejsze w oprowadzaniu nie jest przekazywanie olbrzymiej ilości faktów, a stworzenie więzi pomiędzy przewodnikiem i słuchaczem a obserwowanym obiektem. Nie dajemy ludziom gotowych odpowiedzi, ale doprowadzamy ich do samodzielnego wyciągania wniosków. Wszystko po to, żeby wzbudzić wśród słuchaczy szacunek dla dziedzictwa i chęć jego ochrony poprzez zrozumienie. Całość prezentacji opiera się na dialogu pomiędzy przewodnikiem a słuchaczami.  Wiem, brzmi to całkowicie obco – dla mnie też na początku tak brzmiało. 


O programie szkolenia powiem tylko jedno słowo – intensywnie, tak było naprawdę. Człowiek wyobrażał sobie wyjścia na szlak, ośnieżone szczyty, chwilę wytchnienia w górskich ustroniach – nic z tych rzeczy. Spotykaliśmy się zaraz po śniadaniu i od razu przechodziliśmy do pracy. Chociaż nie brakowało też wyjazdów. Odwiedziliśmy Muzeum Tatrzańskie, mieliśmy przyjemność pospacerować z przewodnikiem po Zakopanem, jednego dnia odwiedziliśmy Centrum Edukacji Przyrodniczej Tatrzańskiego Parku Narodowego, jednak cały czas były to elementy szkoleniowe. Zajęcia miały w sobie naprawdę dużą ilość praktyki, w zasadzie to na niej się skupialiśmy. Trenowaliśmy prowadzenie dialogów, korzystanie z rekwizytów, wplątywanie treści opowiedzianych przez innych do swojego przekazu, stosowanie różnych mostów do celu, tworzenie własnych spacerów interpretacyjnych, itd. Wymagało to niemało wysiłku… Zwłaszcza że pracowaliśmy często z obiektami, które widzieliśmy pierwszy raz na oczy. Szkolenie było jednym z elementów certyfikacji na przewodnika interpretatora, co wiązało się ze zdaniem egzaminu! Pewnego wieczoru na korytarzu, przy wspólnym stole spotkaliśmy się grupą parkowców, żeby wspólnie się uczyć. Najlepiej skomentowała to jedna z organizatorek: „Zobacz, uczą się, nie piją”. Tak było! 



Nasze najlepsze trenerki - Alicja i Magda

Pięć dni intensywnej pracy przyniosło niespodziewany owoc – oto staliśmy się interpretatorami. Magda z Alicją (nasze trenerki) zabrały nas w niezwykłą podróż, w której każdy element mógł stać się obiektem, za każdym zakrętem czekało odkrycie, a dzięki mostom do celu udało się nam dotrzeć do sedna sprawy – do motywu. Spotkaliśmy się tam w gronie doświadczonych edukatorów, młodych parkowców, a przede wszystkim niezwykłych ludzi. Więzi zrodzone podczas szkolenia przetrwają nie jedną zawieruchę. Kto by pomyślał, że po pięciu dniach pracy od świtu do zmierzchu nie będziemy mogli się rozstać, dyskutując wciąż o naszych przeżyciach. 


Po pierwszym zderzeniu z interpretacją pomyślałem sobie jedno – to się nie uda, może to pięknie wygląda, ale sam nie będę w stanie opowiadać w ten sposób. Jakie było moje zaskoczenie ostatniego dnia, kiedy z podziwem słuchałem perfekcyjnie przygotowanych dialogów kolegów i koleżanek. Później nadeszła moja kolej i… udało się! Nieugięte trenerki wydobyły z nas to, czego sami się nie spodziewaliśmy. Interpretacje można poczuć pod skórą, a prawdziwą wartością nie jest to, co chcesz powiedzieć ludziom, ale to, co możesz od nich usłyszeć. 

 
Nie może tu zabraknąć podziękowań dla wszystkich organizatorów: Ministerstwa Środowiska, Tatrzańskiego Parku Narodowego, naszych cudownych trenerek: Magdy i Alicji, całej organizacji Interpret Europe za możliwość realizacji takiego szkolenia, a przede wszystkim kolegom i koleżankom – uczestnikom kursu: jesteście najlepsi! Już za Wami tęsknie! 


Przede mną dalsze etapy procesu certyfikacji. Trzymajcie mocno kciuki! Kto wie, może na wiosnę wyjdziemy wspólnie na pierwszy spacer interpretacyjny w PPN? Co o tym myślicie?






piątek, 30 listopada 2018

Niespodziewana podróż


Nie wiem, który to już raz przepraszam za dłuższą przerwę w pisaniu. Naprawdę nie chciałbym, żeby weszło mi to w nawyk, ale jak zwykle w natłoku spraw – zwyczajnie nie było chwili na zebranie myśli i napisanie nowego tekstu. Chociaż pora roku sprzyja bardziej uśpieniu i zbieraniu sił na cieplejsze dni, to ostatni czas był dla mnie wyjątkowo intensywny.


Wyspa kormoranów. Fot. Krzysztof Konieczny (http://dbajobociany.pl/?p=14015)

W Święto Niepodległości wybrałem się w niespodziewaną podróż do Wielkopolskiego Parku Narodowego. W dniach 12-14 listopada odbywała się tam bowiem III Konferencja Naukowa „Turystyka Wiejska. Nauka, Edukacja, Praktyka” – Edukacja ekologiczna w rozwoju turystyki na obszarach przyrodniczo cennych i miałem wielką przyjemność reprezentować tam, jako uczestnik, Poleski Park Narodowy.
Jezioro Góreckie (Fot. Aleksandra Trytek)

Już pierwsze godziny, spędzone w Wielkopolskim Parku Narodowym, pozwoliły mi zachwycić się tym miejscem. Pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę, to bliskość Parku od dużego ośrodka miejskiego – Poznania. Podróż z poznańskiego Dworca Głównego do Dyrekcji Parku w Jeziorach zajęła mi dwadzieścia minut autobusem. Nie myślcie jednak, że taka lokalizacja odbiera parkowi jego naturalny charakter. Budynek dyrekcji zlokalizowany jest w całkowitej głuszy, nad brzegiem Jeziora Góreckiego, a z każdej strony otoczony jest wielogatunkowym lasem. Sama historia budynku jest naprawdę ciekawa i zachęcam Was do zapoznania się z nią bezpośrednio na miejscu, znajduje się tam bowiem Muzeum Przyrodnicze.

Aura listopadowa - i tak jest pięknie! (Fot. Aleksandra Trytek)


Spacer po muzeum i najbliższej okolicy dyrekcji Parku pozwala poznać przyrodę i mieszkańców Wielkopolskiego Parku Narodowego. Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem ścieżki dydaktycznej, znajdującej się właśnie przy siedzibie WPN. Prezentacja walorów Parku i edukacja przez zabawę: spacer nietoperzy czy ścieżki z tropami zwierząt to fantastyczne pomysły godne zapamiętania i wdrożenia na własnym podwórku. Jezioro Góreckie, przy którym zlokalizowana jest dyrekcja, jest jednym z kilku jezior znajdujących się w granicach WPN. Znajduje się nad nim pomost widokowy, skąd rozpościera się widok na zatoki jeziora oraz tajemniczą wyspę kormoranów.

Oszronione drzewa w listopadzie nie powinny nikogo dziwić, co jednak gdy wyspa wydaje się oszroniona nawet w lipcu? Sekretem są czarne ptaki, które zostawiają po sobie białe ślady. Dyskusja nad samą wyspą oraz wpływem kormoranów na trofię jeziora toczyła się podczas warsztatów blogowych, prowadzonych przez pana Krzysztofa Koniecznego – przyrodnika, fotografa, autora bloga „Dbaj o bociany”. Samo spotkanie z panem Krzysztofem było dla mnie ogromnym wyróżnieniem, a wsłuchując się w jego opowiadania, można się przenieść do magicznego świata wokół bocianiego gniazda. Zachęcam wszystkich do śledzenia jego bloga. Sam sporo się o blogowaniu nauczyłem, najważniejsza rzecz, którą mam nadzieję wdrożyć w życie, to systematyczność.

Skandynawski kolega (Fot. Aleksandra Trytek).


Sama konferencja miała bardzo ciekawy przebieg. Organizatorom przyświecał szczytny cel – połączyć teorię z praktyką. Wśród wystąpień osób związanych ze światem nauki pojawiły się wystąpienia kolegów i koleżanek z innych parków narodowych, parków krajobrazowych, Lasów Państwowych i innych instytucji związanych z prowadzeniem edukacji ekologicznej. Wielkie brawa dla całej Dyrekcji Parku, wszystkich organizatorów i osób zaangażowanych w przedsięwzięcie – wyszło perfekcyjnie! Wszystko było przedstawione w jasny i czytelny sposób, materiały idealnie dopasowane, a atmosfera podczas całej konferencji niesamowita – czapki z głów!

W terenie (Fot. Aleksandra Trytek)

Ostatniego dnia konferencji udaliśmy się w teren, by z bliska obserwować przyrodę WPN. No właśnie, co właściwie chroni Wielkopolski Park Narodowy? Puszczyki! – zawoła jeden. Lasy! – powie drugi. Jeziora i przyrodę! – zawołają wszyscy. Prawda Was zaskoczy. To właśnie w Wielkopolskim Parku Narodowym mamy najlepiej zachowaną rzeźbę polodowcową. Moreny, ozy, kemy – każdy spotkał się chyba z tymi pojęciami na lekcjach geografii, jednak dopiero po wizycie w WPN można powiedzieć, że zna się te formy terenu. Cały Park poprzecinany jest rozmaitymi tworami, związanymi z działalnością lodowca, a dobry przewodnik faktycznie pozwoli poczuć ogrom lądolodu i dobrze pokazać wszystkie ślady jego obecności. Wielkie ukłony dla dr. Michała Lorenca ze Stacji Ekologicznej w Jeziorach, który poprowadził sesję terenową. To była wielka przyjemność słuchać fachowca, który w tak przyjemny sposób potrafi przekazywać wiedzę.

Nasz przewodnik Dr Michał Lorenc (Fot. Aleksandra Trytek).

Smutna wiadomość jest taka, że chociaż na wyjazd wziąłem ze sobą aparat, to jednak w pośpiechu zapomniałem zabrać z sobą baterii… Na szczęście, od czego ma się przyjaciół? 😊 Zdjęcia podesłała mi serdeczna koleżanka Ola z Karkonoskiego Parku Narodowego, której bardzo mocno dziękuję i gorąco pozdrawiam!

Chciałbym Was zaprosić serdecznie do odwiedzenia Wielkopolskiego Parku Narodowego. To, co dane mi było zobaczyć, jest zaledwie ułamkiem przyrodniczej oferty Parku. Na pewno tam wrócę!
PS Następny post już wkrótce! Także z niespodziewanej wyprawy.