piątek, 28 kwietnia 2017

Kwiecień-plecień…


W tym roku na własnej skórze mieliśmy okazję przekonać się, że stare jak świat przysłowie: Kwiecień-plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata idealnie opisuje aurę wspomnianego w nim miesiąca. Szkoda tylko, że o przysłowiowym lecie mogliśmy zapomnieć już po pierwszym tygodniu, a kolejne dni bardziej przypominały jesień średniowiecza niż sielską ciepłą wiosnę.


Rower stoi pod zadaszeniem i czeka na montaż podgrzewanego siodełka oraz porządnych chlapaczy. Piesze wędrówki musiałem ograniczyć do trasy: drzwi samochodu – drzwi domu, co niekorzystnie wpłynęło na redukcję odkładanych w okresie zimowym zapasów triacylogliceroli, co potwierdza utrudnione zakładanie „kościołowych” spodni.


Oj, ciągnie wilka do lasu, a Parkowca w teren… Jednak pogoda szybko zrewidowała wszelkie próby ucieczki w głuszę i przygotowała wyjątkową ofertę wiosenną, składającą się z deszczu, gradu, śniegu i wyjątkowo zimnego wiatru. Trzeba było więc cierpliwie czekać na słoneczne dni.


Kilka razy podjąłem nawet próby szukania wiosny zza kierownicy samochodu – zrobiłem objazd po okolicy, żeby znaleźć dobre plenery i poszerzyć wiedzę na temat tego, co w lesie piszczy. Wyprawy po poleskich bezdrożach odbiły się bardzo korzystnie na zawieszeniu auta, które widocznie potrzebowało intensywnego ruchu, a błotne kąpiele znacznie odmłodziły całą karoserię auta. Objazdy, chociaż bardzo ciekawe, nie zaspokoiły jednak głodu przygody – głodu lasu. Tęsknym okiem Parkowca zerkałem przez okno kochanego muzeum, wypatrując ciepłych, ożywczych promieni słońca…


I jest! Pewnego dnia pod koniec kwietnia stwierdziłem, że pokonam pieszo dystans dłuższy niż 5 metrów (co było nie lada wyzwaniem dla moich stawów). Wiatr bowiem ustał, a cały dzień był wyjątkowo, jak na kwiecień, ciepły. Wraz z parą parkowych przyjaciół oraz ich kilkumiesięcznym synem wybraliśmy się po pracy na ścieżkę „Spławy”.

Dzień był naprawdę ładny. Przynajmniej do momentu ruszenia w teren… Gdy tylko zamknęliśmy drzwi muzeum, zerwał się silny wiatr, a nad niebem zebrały się złowieszcze ciemne chmury. Najpewniej odwołalibyśmy wycieczkę, gdyby nie upór najmłodszego z jej uczestników – Igora, którego serdecznie pozdrawiam. Komu jak komu, ale kilkumiesięcznemu berbeciowi spaceru odmówić nie można! Przeczekaliśmy najgorsze chwile w ukryciu, a gdy tylko na niebie pojawiła się tęcza, ruszyliśmy dalej na szlak. Tęcza okazała się dobrym zwiastunem, bo dalsza część podróży przebiegła w naprawdę przyjemnej atmosferze.

Wybór ścieżki „Spławy” nie był przypadkowy. Wraz z początkiem maja rusza „Kameralna majówka na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim”. To szereg imprez turystycznych na terenie całego pojezierza, na które serdecznie wszystkich zapraszam! (link na końcu tekstu). Poleski Park Narodowy, jak co roku bierze udział w majówce i przygotował ciekawe atrakcje dla wszystkich miłośników bagien: 1 maja będzie można skorzystać z bezpłatnej obsługi przewodnickiej po Muzeum PPN, a 2 maja, pod profesjonalną opieką przewodników, będzie można dać się wciągnąć bagnom na ścieżkach „Dąb Dominik” i – właśnie – „Spławy”.


W tym roku przyjemność oprowadzania gości przypadła m.in. mnie i koledze Łukaszowi. Pierwszego maja pokażemy Wam, co skrywa Muzeum PPN, drugiego poprowadzimy najbardziej „zakładkowaną” ścieżką Poleskiego Parku Narodowego.


Nasz spacer służył odświeżeniu spojrzenia na ścieżkę „Spławy” i orientacji, co można tam zobaczyć w tej chwili. Jeśli wybieracie się na majówkę do PPN, nie pożałujecie!  A jeśli macie inne plany na majowy weekend, natychmiast je zmieńcie! Pogoda, jaka by nie była, będzie idealna. Co można zobaczyć na „Spławach” i w muzeum? Powiem Wam niebawem na miejscu! Do zobaczenia!

Kameralna majówka:

Śledźcie fanpage:

Zaglądajcie na Instagrama:
I zakładajcie odlotowe koszulki:


sobota, 25 marca 2017

Niech się BBC wstydzi!

Drodzy miłośnicy przyrody! Ostatnim tekstem udało się nam skutecznie przegonić zimę i odbyło się to w całkowicie pokojowy sposób! Ba! Nie trzeba było nawet topić Marzanny, co osobiście uważam za duży sukces. Nie mam nic przeciwko tradycji, ale akt topienia nie jest optymistyczny. Niemniej nie czas jeszcze na odkorkowanie szampana. 
Wiosna nadciąga na Polesie niczym rozpędzony pociąg. Nie jest to niestety Pendolino, jak moglibyśmy oczekiwać, a raczej pociąg relacji Lipniak – Daleczkąt (oczywiście ironizuję – pociągi tej linii są nader szybkie), co skutecznie gasi nasze wiosenne zapały. Miałem jednak już dość grzania czterech liter przy kominku. Dzień się wydłuża, więc grzech go nie wykorzystać. 
Oj, ciągnie Parkowca do lasu, czy – jak napisałem kiedyś na Facebooku: „durnia na Durne Bagno”. Dzisiaj więc kilka słów o wyprawie na Durne Bagno. Korzystając z wolnego popołudnia, wsiadłem na rower i ruszyłem na spotkanie z przygodą. Durne Bagno jest zlokalizowane bezpośrednio przy ścieżce rowerowej „Mietiułka”, której trasa rozpoczyna się w miejscowości Łowiszów, przy dużym zadaszeniu turystycznym. Dalej piaszczystą drogą leśną zmierzamy do celu tego wpisu.
Nazwa „Durne Bagno” nie jest przypadkowa. Miejscowa ludność zawsze miała z tym bagnem kłopot. Stare szeptuchy zwykły mawiać, że „kto na durne bagno stanie, sam się durnym staje”. I choć ludziom nie ubywało może punktów w skali IQ, ale faktycznie z tym torfowiskiem było coś nie tak… Nierzadko ludzie, zapuszczający się w te rejony, mieli problem ze znalezieniem drogi powrotnej. Dochodzenie przeprowadzone przez agentów CSI, NCIS i Archiwum X wykazało, co jest tego powodem. Na Durnym Bagnie występują dwie bardzo ciekawe rośliny: borówka bagienna, zwana także pijanicą oraz bagno zwyczajne, zwane… bagnem zwyczajnym. Ta druga znana jest ze swoich silnych olejków eterycznych i była wykorzystywana przez nasze babcie do odstraszania moli. Pijanica (jak wskazuje nazwa) ma natomiast dość szczególne właściwości. Po jej spożyciu (omyłkowym, rzecz jasna) organizm doznaje lekkiego rauszu. Ot i cała historyja! Trafiasz na bagno, zjadasz parę jagódek, nawdychasz się oparów bagna zwyczajnego – faktycznie, można zdurnieć.

Zdecydowałem jednak nie korzystać z tych, wątpliwych, atrakcji Durnego Bagna. Rozkoszowałem się po prostu widokiem z wieży i wszechogarniającym spokojem. Durne Bagno polecam wszystkim, którzy chcą obcować z poleską przyrodą sam na sam.
Ale to nie koniec naszej wycieczki! Dalej z siodełka roweru podziwiałem ścieżkę rowerową „Mietiułka”. Co prawda, z powodu braku czasu i jeszcze nie najlepszej kondycji po zimie, wybrałem tylko część trasy, prowadzącą wzdłuż rzeki o nazwie Mietiułka. Tam czekał na mnie szereg niespodzianek. Łąki przy Mietiułce są genialną bazą dla wszelkiej maści ptactwa. Dzięki staraniom służb Parku, udało się łąkom przywrócić naturalny, mokradłowy charakter. Zwłaszcza wczesną wiosną nie brakuje tam wody. Na skraju jednego z rozlewisk zaobserwowałem łosia, nieco zdziwionego moją obecnością. Wyglądał dodatkowo, jakby zamierzał skoczyć na główkę w otchłań rozlewiska. Odległość nie pozwoliła na zrobienie zdjęcia zaspokającego moją pazerność. Wtedy też podjąłem decyzję o zakupie teleobiektywu. Zostaje mi tylko stanąć z czapką pod muzeum i zbierać fundusze na realizację marzeń.
Zostawiłem łosia z decyzją o skoku i ruszyłem dalej. Podróż umilały mi czajki, bawiące się w pilotów akrobatów. Co chwilę wykonywały fikuśne beczki w powietrzu. Zaraz na prawym brzegu rzeki zobaczyłem rudel saren, które postanowiły sobie urządzić gonitwę do lasu, mało nie gubiąc przy tym nóg. Zbliżając się do ścieżki „Perehod”, minąłem dwa łabędzie, ukrywające się za szuwarem. Naiwnie liczyły, że Oko Parkowca ich nie wypatrzy. Na koniec mym (a dzięki zdjęciom – także Waszym) oczom ukazał się niesamowity widok: czterdzieści czapli białych, podrywających się z rozlewiska. Dawno nie widziałem takiego skupiska tych ptaków w jednym miejscu. A dość łatwo je wypatrzeć, bo świecą w krajobrazie niczym koszula w reklamie proszku do prania (nie powiem jakiego, ale pozdrawiam Pana Chajzera!). Wycieczkę zakończyłem przy ścieżce przyrodniczej „Perehod”.

Czy Polesie nie jest niesamowitą krainą? Jedno popołudnie, jedna wycieczka, a kontakt z przyrodą lepszy niż połączony maraton filmów przyrodniczych BBC i National Geographic! Gorąco Was zapraszam na wycieczki rowerowe i piesze do Poleskiego Parku Narodowego! Ja wybiorę się tam jeszcze nie raz!

Śledźcie fanpage:
Zaglądajcie na Instagrama:
https://www.instagram.com/okiemparkowca/
I zakładajcie odlotowe koszulki:


czwartek, 23 lutego 2017

Ostatnie tchnienie zimy



I stało się! Wiosna, niczym Chuck Norris w Strażniku Teksasu, kopniakiem z półobrotu rozprawiła się z zimową aurą. Wiem, że żarty o Chucku nikogo już nie bawią, ale trudno było mi znaleźć bardziej trafne porównanie. Wystarczyły 3 stopnie na plusie i trochę deszczu, żeby można było zapomnieć o poleskiej „Krainie Lodu”. Od kilku dni można usłyszeć albo zobaczyć pojedyncze gęsi, ale o definitywnym końcu zimy niech świadczy klangor żurawi, który obudził mnie dzisiejszego ranka.

Od samego początku zimy miałem w głowie pomysł, żeby opisać Wam jedną z mroźnych wędrówek po Parku, jednak chociaż intensywnie się starałem, do tej pory nie udało mi się wydłużyć doby i ze swoją arktyczną wyprawą na ścieżki PPN musiałem czekać. W końcu udało mi się jednak znaleźć parę godzin na bardzo przyjemny spacer po bagnach. 

Jako cel wyprawy wybrałem ścieżkę przyrodniczą „Dąb Dominik”. Nie wiem, jak to się stało, że do tej pory nie opisałem na Okiem Parkowca tej sztandarowej ścieżki przyrodniczej parku. „Dąb Dominik” jest pierwszą i do tej pory najbardziej popularną trasą na terenie PPN. Jej początek znajduje się w miejscowości Kolonia Łomnica – dokładnie w połowie drogi między Sosnowicą a Urszulinem. Przed początkiem trasy znajduje się duży parking, a także świetnie przygotowane zadaszenie turystyczne. Udogodnienia te sprawiają, że infrastruktura turystyczna parku staje się już marką, chociaż najważniejsza jest oczywiście przyroda i jej bogactwo, którego doświadczyć możemy na trasie. Ścieżka przyrodnicza „Dąb Dominik” daje możliwość poznania większości siedlisk, z jakimi możemy spotkać się na terenie PPN. Pierwszy fragment prowadzi nas przez las grądowy z uwielbianymi przez Parkowca grabami i lipami. Warto wybrać się tam w najbliższym czasie, ponieważ gdy pojawi się trochę więcej słońca, cały las pokryje się kobiercem śnieżnobiałych zawilców. Właśnie w tym grądziku rośnie sędziwy Dąb Dominik, nazwany na cześć prof. Dominika Fijałkowskiego, którego starania przyczyniły się do powstania Poleskiego Parku Narodowego. Zaraz za Dominikiem znajduje się fragment olsu kępowo-dolinkowego z charakterystycznymi olszami na wyspach. Nie spodziewałem się, że ols może być tak malowniczy zimą.


Główny trakt prowadzi nas dalej przez drągowiny sosnowe, czyli lasy w przebudowie. Często słyszę opinie, że w parku narodowym nie powinno się wycinać drzew. Dyskusja na ten temat stała się głośniejsza zwłaszcza w ostatnim czasie, z powodu nowelizacji przepisów dotyczących wycinki drzew. Sami również znaleźliśmy się „pod ostrzałem”. Gdy w połowie stycznia musieliśmy zamknąć ścieżkę „Dąb Dominik” ze względu na trwające prace leśne, pod informacją umieszczoną na parkowym Facebooku pojawił się komentarz o treści mniej więcej: „Tak, najlepiej wszystko wytnijcie!”. Udało się wtedy spokojnie wyjaśnić Autorce, na czym wspomniane prace leśne polegają. Pozwoliło mi to zauważyć, że społeczeństwo w ostatnim czasie stało się bardziej wrażliwe na kwestie ochrony przyrody, ale brakuje niekiedy rzetelnej wiedzy na ten temat. Tak więc, Drodzy Czytelnicy – czas na pogadankę edukacyjną. Tak, w parku narodowym od czasu do czasu trzeba wyciąć drzewo. Są miejsca objęte ścisłą ochroną, w których nie prowadzi się żadnych prac. Ba! Nie możemy nawet postawić tam stopy. Są również takie miejsca, w których prowadzi się ochronę czynną. Lasy na naszym terenie nie powstały w sposób naturalny. Po II wojnie światowej na gigantyczną skalę rozpoczęło się w Polsce sadzenie lasów sosnowych. Stosunkowo niewielkie wymagania siedliskowe i szybki  czas wzrostu sosen pozwoliły w niedługim czasie odnowić obszary leśne. Powstały w ten sposób monokultury – z przyrodniczego punktu widzenia mniej wartościowe od wielogatunkowych lasów mieszanych. Dominacja monokultur wymusza przebudowę drzewostanu. W dogodnych miejscach sukcesywnie prowadzimy podsadzenia dębem, grabem czy lipą, natomiast sosny są stopniowo wycinane, by dać miejsce podrostom. Dlatego nawet w takich miejscach jak park narodowy od czasu do czasu słychać pracę piły, a ścieżkę trzeba chwilowo zamknąć, żeby nikomu nie stała się krzywda. 

Wróćmy do naszego spaceru. Ścieżka „Dąb Dominik” prowadzi nas do Jeziora Moszne – jednego z czterech jezior, znajdujących się na terenie parku. Moszne jest wyjątkowym akwenem. Idąc po drewnianej kładce, chodzimy tak naprawdę nad powierzchnią jeziora, zarośniętego kożuchem roślinności, zwanym płem lub spleją. Spleję tworzą głównie mchy torfowce, ale na jej wierzchu rośnie przeogromna (tak, nie bójmy się tego słowa) liczba różnych gatunków. Za jakiś czas zobaczymy tu smakowite żurawiny, bezlitosne drapieżne rosiczki, czy piękne storczyki. W czasie ostatniej zimowej wędrówki zachwycaliśmy się sosnami karłowatymi – swoistymi drzewkami bonsai Polesia. Sosny te, rosnąc na ubogiej w składniki pokarmowe splei, nie wykształciły znanej nam dobrze formy i wyglądają jak kilkuletnie sadzonki, mimo że mają na karku czterdziestkę. Nad samym jeziorem spędziliśmy dłuższą chwilę, rozkoszując się widokiem zamarzniętej jeszcze tafli wody i wszechogarniającym spokojem. Naprawdę, jeśli szukacie miejsca, w którym możecie odpocząć, wyciszyć się po ciężkim dniu, czy pobyć z przyrodą sam na sam – nie ma lepszego miejsca niż ścieżka „Dąb Dominik”.


W drodze powrotnej drewniana kładka prowadzi nas skrajem boru bagiennego. Las zachwyca swoim runem, złożonym z dwóch ciekawych roślin: bagna zwyczajnego i borówki bagiennej tzw. pijanicy. Nie wiem, czy już Wam opisywałem właściwości tych roślin. Jeśli nie, to jeszcze to uczynię, wiąże się z nimi bowiem ciekawa poleska (prawie już) legenda.

 
Ostatni fragment trasy przebiega tuż obok torfianek, czyli dawnych wyrobisk torfu. Poleszucy wykorzystywali torf jako naturalne biopaliwo do swoich domowych reaktorów kaflowych. Miejsca po jego wybraniu szybko zapełniły się wodą, tworząc malownicze śródleśne jeziorka. Nie polecam natomiast kąpieli w takich oczkach: są dosyć głębokie, a brzegi bardziej przypominają pionową ścianę basenu niż dobrze znane nam kąpieliska. Niemniej warto na nie popatrzeć i zatracić wzrok w ciemnej jak noc wodzie z Polesia.

Serdecznie zapraszam na ścieżkę przyrodniczą „Dąb Dominik” zwłaszcza teraz, w obliczu wiosennych powrotów ptaków i przebudzenia przyrody. Pamiętajcie jednak, że Poleski Park Narodowy jest piękny o każdej porze roku i to właśnie miał udowodnić powyższy tekst. Do zobaczenia na szlaku!