piątek, 22 grudnia 2017

Opowieść wigilijna



Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami i siedmioma rzekami, gdzieś pośród bagien, mieszkańcy Polesia zaczęli przygotowania do najważniejszych świąt całego roku – świąt Bożego Narodzenia. Ten szczególny czas każdy z Poleszuków spędzał w gronie najbliższych w swojej krytą strzechą chałupce. 

Julian Fałat "Zima na Polesiu"
Podczas wigilijnej wieczerzy nie mogło zabraknąć postnego bigosu, pachnącego suszonymi grzybami, ryby przyrządzonej według receptury babci i słodkich klusków z makiem. Dzieci cieszyły się z jabłek, które mama chowała aż do świąt. Ciepło biło z kaflowej kuchni, a w domu słychać było słowa dobrze znanych kolęd. Po wigilijnej uczcie gospodarz zawsze zachodził do swojego inwentarza i dzielił się ze zwierzętami opłatkiem, żeby trzódka nie mówiła o nim źle. Obowiązkowym punktem corocznego świętowania było udanie się na pasterkę.

Z POLESIA. ZIMA, Julian Fałat
Kto mógł, zaprzęgał konie i z rodziną schowaną pod grubymi kocami jechał sańmi do kościoła. Ci, którzy nie mieli sań, mieli utrudnione zadanie. Wyprawa na pasterkę równała się z wielokilometrowym marszem przez śnieg, lód i zaspy. Szczęście mieli posiadacze łyżew dopinanych do trzewików. To dopiero frajda – szusować po zamarzniętych mokradłach, próbując dotrzeć do kościoła. Niektórym ta sztuka się nie udawała i, zamiast do kościoła, trafiali do domów – przemarznięci po nieplanowanej kąpieli. Piesi wędrowcy też lekko nie mieli.

Julian Fałat "Zima na Polesiu"

Mieszkańcy Polesia znali wartość rzeczy i nie używali ich bez potrzeby. Tak było na przykład z butami. Na co dzień Poleszucy hasali boso, w łapciach z łyka czy prostych trzewikach z onucami. Mieli jednak w garderobie buty inne, wyjątkowe. Były to buty na pasterkę. Wysokie skórzane obuwie, nasmarowane sadłem, pięknie się prezentowało, nie było jednak do końca wygodne. Wyobraźcie sobie dwugodzinny marsz przez śnieg, trzygodzinne stanie w kościele i wreszcie trzygodzinny powrót (powroty z pasterki, były znacznie dłuższe: kończył się bowiem czas adwentu i można było sobie pozwolić na słoninę z cebulą i coś do popicia). Po takich przeżyciach nieprzyzwyczajona do luksusów, w postaci skórzanych butów, stopa Poleszuka protestowała i zaczynała puchnąć. Nie wiem, czy była to główna przyczyna tak „częstego” noszenia obuwia, ale na pewno nie zachęcała do ponownego założenia butów w bliskiej przyszłości. 


Wcześniej trzeba było buty zdjąć – i tu pojawiał się problem. Opuchnięta, poraniona noga nie chciała za żadne skarby z niego wyjść. Sznurowadeł nie było, rzepy kojarzyły się tylko ze smakowitą jarzyną, co więc począć? Trzeba było szukać pomocy – i jak w dziecięcym wierszyku: „wnuczek za babcię, babcia za dziadka” itd. Wszyscy wspólnie chcieli oddzielić „luksus” od cierpiącej stopy. Nic to nie dało. Gdy umarła ostatnia nadzieja, pojawił się pies Burek. Najlepszy przyjaciel człowieka znalazł sposób na uparty but. Litując się nad losem swojego pana, złapał w pysk obuwie, szarpnął kilka razy, aż but ustąpił – szczęśliwie, bo bez stopy w środku. Burek, chcąc raz na zawsze rozwiązać przyczynę cierpienia pana, pognał z butem pod las i zakopał go w tylko sobie znanym miejscu.

Poleszucy https://img.audiovis.nac.gov.pl/PIC/PIC_1-F-445-3.jpg
Co zrobił człowiek? Jedna noga wolna, druga nadal walczy. Burka nie ma, buta zresztą też. Obuwie, chociaż okropnie niewygodne, stanowiło jednak znaczny element majątkowy mieszkańca Polesia. Sprytny Poleszuk nie mógł sobie pozwolić na straty materialne, postanowił więc opracować lepszy sposób zdejmowania butów, który miał oszczędzić kłopotów i kontaktów z psimi kłami. Zrobił sobie psa z drewna – stojaczek z dziurawą deską miał zastąpić Burka. Nie chodziło o zastępstwo w stróżowaniu czy ganianiu za własnym ogonem, ale właśnie w zdejmowaniu butów.


Urządzenie do tej pory zaskakuje swą prostotą i geniuszem. Działa nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat i nigdy nie było podłączane do ładowarki. Działanie jest banalnie proste: do środka wkłada się stopę z butem i… wyciąga bez buta. Sposób ten pozwalał zachować obuwie oraz nogi w nienaruszonym stanie do kolejnej pasterki. Urządzenie nazwano „pieskiem”, żeby upamiętnić dzielnego Burka, który uratował Poleszuka z opresji. Bezpiecznie rozbuty człowiek mógł podrapać Burka za uchem, ze szczerym uśmiechem położyć się na sienniku i śnić w tę cichą, świętą noc…

Zdrowych i pogodnych świąt Bożego Narodzenia, pełnych miłości, szczerego uśmiechu i pysznych potraw życzy Parkowiec. 

poniedziałek, 27 listopada 2017

Sarnie żniwo



Listopad – co za fantastyczny miesiąc! Ptaki odleciały, rykowisko z bukowiskiem są tylko wspomnieniem, żółwie się wykluły, a za oknem szaro, buro, zimno i nieprzyjemnie. Pozostaje schować się do chatki i zapaść w sen zimowy. Dobrze, że pod skórą ukryłem spore rezerwy… Nawet 6 miesięcy zimy nie będzie mi straszne. Schowany pod pierzynami będę śnił o cieplejszych dniach.


Chociaż na pierwszy rzut oka przyroda, podobnie jak Parkowiec, jesienią staje się nieco bardziej senna i flegmatyczna (niektórym wydaje się wręcz uśpiona), to kiedy przyjrzymy się wszystkim zjawiskom okiem Parkowca, okaże się, że dzieje się tam naprawdę dużo.
Listopad to ostatni moment, żeby dobrze przygotować się do zimy. A ta, jak wiemy, zawsze nadchodzi. Wiele zwierząt intensywnie poszukuje pokarmu, który będzie im służył jako zimowe zapasy energii. Zresztą w tej materii zwierzęta niewiele różnią się od nas. Kto wrócił z urlopu nad morzem, w listopadzie śmiało może się już zatroszczyć się o osobisty podbrzuszny powerbank, dzięki któremu przetrwa do następnych wakacji. W przypadku ludzi zgromadzenie większej ilości tłuszczu nie jest jeszcze straszną zbrodnią – chyba że wyrządzoną spodniom. Zwierzęta na dodatkowe kilogramy muszą jednak już uważać szczególnie. 

Zasada jest prosta – idziesz spać, musisz mieć tłuszcz. Nie zasypiasz? – to łaź i szukaj żarcia. Dlaczego niedźwiedź brunatny czy borsuk przed zimą robią się okrąglutkie jak beczułki, a sarny czy jelenie już nie? Borsuk z miśkiem wchodzą do gawry czy nory (robią to zazwyczaj osobno), układają sobie posłanie i kima. Za nic mają ludzi czy inne zwierzęta, które mogłyby im zaszkodzić. A sarenki? One już tak dobrze nie mają. Myślę, że sarnom wcale nie przeszkadzałoby zdobycie dodatkowych kilogramów, gdyby tylko mogły się położyć i leżeć – ot, spełnienie wilczych snów. Wyobraźmy sobie teraz rudel saren z nadwagą. Już na samą myśl zaczynam się uśmiechać pod wąsem, wyobrażając sobie takie sarny, próbujące przeskoczyć rów czy biec przez gęsty las. Oj, skorzystałyby na tym wilcze watahy. Tłuściutka sarnina idealnie pasuje na długie jesienno-zimowe wieczory w wilczym gronie. Na szczęście (saren, nie wilków) najmniejsze z krajowych jeleniowatych wiedzą o tym i chociaż gromadzą zapasy tłuszczu, to znacznie mniejsze niż borsuki czy niedźwiedzie.  

Sarna zawsze musi być w formie, jej oponenci również. U wilka nie zobaczymy zarysów brzuszka pod futrem. Skoro ofiara jest fit, to i wilk musi trzymać poziom godny Chodakowskiej. Są jednak przeciwnicy, którym nawet duża oponka nie przeszkadza w polowaniach. Na nich sarny mają już inne skuteczne środki zaradcze. Przede wszystkim: czujność. Sarny zawsze orientują się, co się dzieje w okolicy. Tak jak nasze sąsiadki – widzą i słyszą znacznie więcej od nas. Może sarni wzrok nie jest najostrzejszy, ale szczególnie wrażliwy na zmiany. Jeśli coś nie pasuje do otoczenia, jeśli coś porusza się w ich kierunku, sarny od razu to wychwycą. Taka zdolność przydałaby się niektórym małżonkom, którzy w mig byliby w stanie rozpoznać zmianę uczesania, makijażu czy nową kreację swojej partnerki. Nie dziwi też fakt, że sarny mają awersję do jednostek wyprostowanych, poruszających się na dwóch nogach – dla nich to chodzące automaty do zabijania i nie liczy się, czy w rękach trzymasz sztucer czy aparat – dla nich jesteś zabójcą.


Jak w takim razie zachować się wobec saren? Podchodzić czy nie? Dokarmiać zimą? Wszak nie mają zapasów, a i zieleniny mało. Może trzeba pomóc, by nie były głodne?

Przyroda ma się najlepiej, gdy nie wkładamy jej kija w szprychy. Jeśli chcemy obserwować sarny, dowiedzmy się trochę o ich zwyczajach. Przez większość roku sarna prowadzi dość regularny tryb życia, przestrzega ściśle godzin posiłków i korzysta z tych samych ścieżek do codziennych żerowisk. Jeśli zsynchronizujemy nasze zegarki z sarnimi, mamy mniej więcej pogląd, gdzie i o której można się z taką sarenką spotkać. Jeśli chcemy obserwować je z bliska, wybierzmy teren, w którym nie będziemy się wyróżniać. Na otwartej przestrzeni nie ma większych szans, by zbliżyć się do tych zwierząt. Ale gdy zasłonimy się krzewami, będziemy iść wzdłuż rowów czy skraju lasu, najlepiej nie wprost na nie – nasze szanse rosną. Oczywiście na podejście na wyciągnięcie ręki nie ma co liczyć. Nie radziłbym nawet tego próbować. Choć niepozorne, sarny potrafią poturbować – zwłaszcza kozły. Poza tym: co to za frajda podejść do zwierzaka tak blisko, żeby od razu zwiał? Lepiej z bezpieczniej odległości popatrzeć przez lornetkę czy obiektyw tak, żeby nie czuły, że naruszamy ich strefę intymności. 

A jak jest z dokarmianiem? Pisałem przecież, że sarny nie gromadzą zbyt dużo tłuszczu. A to takie słodkie zwierzątka, takie „Bambi” urocze, no trzeba im pomóc! A guzik! Metabolizm saren i innych jeleniowatych zimą przechodzi w stan standby. Jedzą niedużo, ale w miarę regularnie. Jeśli zaczniemy je dokarmiać, ich metabolizm wskoczy od razu na wyższe obroty, sugerując, że okres głodówki za nami. A jak pasza się skończy? To może przynieść bardzo negatywne skutki. Dokarmiać trzeba tylko w naprawdę ekstremalnych sytuacjach: gdy zima się przeciąga lub jest naprawdę bardzo uciążliwa. 


Ostatnia sprawa – sam na co dzień poruszam się samochodem i często widzę sarny, łosie czy inne zwierzęta poruszające się blisko dróg. Teraz żerują na polach, pasąc się oziminą. Wkrótce zaczną zlizywać sól z asfaltu, by jakoś tę oziminkę doprawić. Robi się niebezpiecznie. Zmrok zapada szybko, a sarny czy inne futrzaki uparły się i nie chodzą w odblaskach – ich wybór. To w naszej roli jest zadbanie o ich i swoje bezpieczeństwo. Uważajmy na drogach, a może wszyscy szczęśliwie przeżyjemy nadchodzącą zimę, bez potrzeby zapadania w zimowy sen.

Na koniec jeszcze jedna rzecz: sarna to nie żona jelenia (nawet jeśli kozioł nie jest zbyt ogarnięty, to nigdy nie nazywajmy go jeleniem)!  

poniedziałek, 2 października 2017

Usypać góry


Parkowiec to typowy Poleszuk – posępny, nieufny wobec tego, co obce człek, który nie wystawia nosa poza próg własnej izdebki. Ten wyrośnięty Hobbit porzuca jednak co jakiś czas swoją wygodną norę i rusza na przygodę w nieznane. „Chcę zobaczyć góry, Gandalfie.” –powiedział Parkowiec i udał się w Tatry…


To „nieznane” było tylko środkiem stylistycznym, Tatry odwiedzam regularnie i zawsze chętnie tam wracam. W tym roku udało mi się spędzić tam bardzo owocny wrześniowy tydzień. Chociaż pogoda w górach bywa kapryśna, wstrzeliłem się w okienko pogodowe i spędziłem parę dni na intensywnych górskich wędrówkach. Podczas wyjazdu odwiedziłem przepiękne doliny: Chochołowską i Kościeliską, podszedłem pod Czarny Staw Gąsienicowy, wszedłem na Czerwone Wierchy i Kasprowy, a także odkryłem piękne widoki z Grzesia i Rakonia w Tatrach Zachodnich. Nie obyło się bez przejścia najczęściej uczęszczanego szlaku w Polsce – drogi nad Morskie Oko. Tatry zachwycają widokami, przyrodą, a także fantastycznymi ludźmi, spotykanymi na szlaku. W trakcie tych wypraw nie mogłem jednak nie przyglądać się wszystkiemu „Okiem Parkowca” – odwiedzałem w końcu inny park narodowy. I chociaż urlop to przede wszystkim wypoczynek, dla mnie był to także czas obserwacji i przemyśleń, którymi chciałbym się teraz z Wami podzielić.


Po pierwsze bardzo duży plus dla Tatrzańskiego Parku Narodowego za kasy biletowe. Praktycznie nie ma możliwości wejścia na teren Parku z ominięciem punktu sprzedaży biletów. Kasy zlokalizowane są w przemyślanych miejscach i nigdy nie miałem problemów z kupnem biletu. Oczywiście kasy występują tak licznie, ze względu na liczbę turystów odwiedzających Park. Jest ich naprawdę dużo: w 2016 roku TPN odwiedziło łącznie 3,5 miliona osób! To ogromna liczba osób i niemożliwe jest, żeby wszystkich obsłużyły dwa punkty informacji turystycznej. Do tatrzańskich udogodnień łatwo się przyzwyczaić.


Teraz lepiej rozumiem turystów, którzy odwiedzają Poleski Park Narodowy i kierują się prosto na ścieżki przyrodnicze, licząc, że znajdą tam kasę biletową. Wychodzimy takim osobom naprzeciw – dla wygody odwiedzających w szczycie sezonu, w weekendy, również na naszych ścieżkach można zakupić bilety u pracowników Parku.


Kolejna sprawa, na którą zwróciłem uwagę w czasie wędrówek po TPN, to oznaczenia szlaków. Wszystkie strzałki kierunkowe są ujednolicone i czytelne, co znacznie ułatwia wędrówki. Pewnie każdy, kto chociaż raz odwiedził górski szlak, ścigał się z tzw. przeciętnym turystą – a konkretnie z czasem wędrówki, podawanym na drogowskazach. To bardzo wygodne rozwiązanie w górach, bo to, że do szczytu pozostały 3 kilometry, nie musi wcale znaczyć, że będzie to krótki i sympatyczny spacerek. Informacja podająca przeciętny czas przejścia jest w górach najlepszym rozwiązaniem. W PPN na strzałkach kierunkowych zwyczajowo podajemy odległości. Tereny są płaskie i nie należy się spodziewać trudności w postaci stromych podejść czy łańcuchów. Odległości dla wszystkich są jednakowe, czas przejścia – niekoniecznie. Który z systemów jest lepszy? Moim zdaniem oba świetnie się spisują, ale na swoich terenach. Próba zamiany mogłaby wypaść niekorzystnie.


Podczas spacerów w górach warto pamiętać o dwóch rzeczach: wodzie i prowiancie. Jeśli jednak nie przygotowaliście się do wyjścia wcześniej, zawsze możecie to zrobić już na samym szlaku czy bezpośrednio przed wejściem. Wszechobecne sklepy przy kasach biletowych, a także stragany z różnego rodzaju pamiątkami to już norma w Tatrach. Chociaż takie miejsca jak wypożyczalnie kijów trekkingowych czy sklepy z wodą i batonami uważam za bardzo dobre rozwiązanie, to sklepiki ze spinnerami i budki z kebabem trochę gorzej do mnie przemawiają. Najbardziej rozbawił mnie szyld reklamowy po drodze do Morskiego Oka: Prawdziwy góralski kebab. Co to znaczy? Jest wytwarzany tradycyjną podhalańską metodą? Wiem, że gdyby nie klientela, nie utrzymałaby się tradycja góralskiego kebabu, niesmak jednak pozostaje (chociaż odmówiłem sobie spróbowania tego wyjątkowego dania). Zdecydowanie lepszym pomysłem na górską przekąskę będzie szarlotka w jednym z wielu schronisk górskich. Warto byłoby przenieść to danie na nasz grunt. Co byście powiedzieli na „Szarlotkę Kustosza” w Ośrodku Dydaktyczno-Muzealnym?


Po konsumpcji górskich specjałów, kiedy ruszymy na szlaki, możemy podziwiać niesamowite widoki. Warto dla nich przemęczyć się kilka godzin pod górę. Jest coś tajemniczego w tych górach, do czego zawsze mnie ciągnie, co woła mnie z daleka – „Rzuć wszystko i przyjedź tutaj”. Uwielbiam te chwile, gdy po długim marszu z kołatającym z wysiłku sercem wchodzę na szczyt i mam chwilę, żeby na to wszystko popatrzeć i zachwycić się za każdym razem, jakbym to pierwszy albo ostatni raz w swoim życiu.

Na szczęście miałem ze sobą aparat i utrwaliłem widoki, którymi mogę się teraz z Wami podzielić.




Na koniec refleksja: dwa zupełnie różne parki narodowe, zupełnie inne zagrożenia, inne wyzwania, inne bogactwo i piękno. Zupełnie inne rozwiązania i inny charakter pracy. Jednak bez względu, czy to Tatry, czy Polesie – polskie parki narodowe zasługują na uznanie rodzimych  i zagranicznych turystów. Są świetnie przygotowane dla odwiedzających i mają każdemu wiele do zaoferowania. Za tym wszystkim stoją ludzie, którzy dbają o ten 1% Polski, bo taką powierzchnię kraju stanowią u nas parki narodowe. Mam wielu znajomych z TPN i innych parków. Wiecie, co ich łączy? Pasja. Wykonują wspaniałą pracę, ponieważ to „czują”. Chcą, żebyśmy z jednej strony mogli bezpiecznie zobaczyć najpiękniejsze zakątki kraju, z drugiej – żeby było co oglądać, jeszcze przez długi czas. Oby tak było zawsze.

PS 30 września zakończyła się zrzutka na nowy obiektyw Parkowca. Wszystkim, którzy mnie wsparli, pragnę bardzo serdecznie podziękować. Dzięki Wam udało się zebrać 1052 zł! To ogromne wsparcie, które pozwoli mi na zrealizowanie marzenia, jakim jest zakup nowego obiektywu. Chciałbym przypomnieć, że zrzutkę organizowałem jako osoba prywatna, a obiektyw będzie mi służył do realizacji pasji fotograficznej. Myślę, że już niebawem będę mógł podzielić się z Wami nowymi zdjęciami, zrobionymi z jego pomocą. Dziękuje Wam bardzo, jesteście najlepsi!