poniedziałek, 2 października 2017

Usypać góry


Parkowiec to typowy Poleszuk – posępny, nieufny wobec tego, co obce człek, który nie wystawia nosa poza próg własnej izdebki. Ten wyrośnięty Hobbit porzuca jednak co jakiś czas swoją wygodną norę i rusza na przygodę w nieznane. „Chcę zobaczyć góry, Gandalfie.” –powiedział Parkowiec i udał się w Tatry…


To „nieznane” było tylko środkiem stylistycznym, Tatry odwiedzam regularnie i zawsze chętnie tam wracam. W tym roku udało mi się spędzić tam bardzo owocny wrześniowy tydzień. Chociaż pogoda w górach bywa kapryśna, wstrzeliłem się w okienko pogodowe i spędziłem parę dni na intensywnych górskich wędrówkach. Podczas wyjazdu odwiedziłem przepiękne doliny: Chochołowską i Kościeliską, podszedłem pod Czarny Staw Gąsienicowy, wszedłem na Czerwone Wierchy i Kasprowy, a także odkryłem piękne widoki z Grzesia i Rakonia w Tatrach Zachodnich. Nie obyło się bez przejścia najczęściej uczęszczanego szlaku w Polsce – drogi nad Morskie Oko. Tatry zachwycają widokami, przyrodą, a także fantastycznymi ludźmi, spotykanymi na szlaku. W trakcie tych wypraw nie mogłem jednak nie przyglądać się wszystkiemu „Okiem Parkowca” – odwiedzałem w końcu inny park narodowy. I chociaż urlop to przede wszystkim wypoczynek, dla mnie był to także czas obserwacji i przemyśleń, którymi chciałbym się teraz z Wami podzielić.


Po pierwsze bardzo duży plus dla Tatrzańskiego Parku Narodowego za kasy biletowe. Praktycznie nie ma możliwości wejścia na teren Parku z ominięciem punktu sprzedaży biletów. Kasy zlokalizowane są w przemyślanych miejscach i nigdy nie miałem problemów z kupnem biletu. Oczywiście kasy występują tak licznie, ze względu na liczbę turystów odwiedzających Park. Jest ich naprawdę dużo: w 2016 roku TPN odwiedziło łącznie 3,5 miliona osób! To ogromna liczba osób i niemożliwe jest, żeby wszystkich obsłużyły dwa punkty informacji turystycznej. Do tatrzańskich udogodnień łatwo się przyzwyczaić.


Teraz lepiej rozumiem turystów, którzy odwiedzają Poleski Park Narodowy i kierują się prosto na ścieżki przyrodnicze, licząc, że znajdą tam kasę biletową. Wychodzimy takim osobom naprzeciw – dla wygody odwiedzających w szczycie sezonu, w weekendy, również na naszych ścieżkach można zakupić bilety u pracowników Parku.


Kolejna sprawa, na którą zwróciłem uwagę w czasie wędrówek po TPN, to oznaczenia szlaków. Wszystkie strzałki kierunkowe są ujednolicone i czytelne, co znacznie ułatwia wędrówki. Pewnie każdy, kto chociaż raz odwiedził górski szlak, ścigał się z tzw. przeciętnym turystą – a konkretnie z czasem wędrówki, podawanym na drogowskazach. To bardzo wygodne rozwiązanie w górach, bo to, że do szczytu pozostały 3 kilometry, nie musi wcale znaczyć, że będzie to krótki i sympatyczny spacerek. Informacja podająca przeciętny czas przejścia jest w górach najlepszym rozwiązaniem. W PPN na strzałkach kierunkowych zwyczajowo podajemy odległości. Tereny są płaskie i nie należy się spodziewać trudności w postaci stromych podejść czy łańcuchów. Odległości dla wszystkich są jednakowe, czas przejścia – niekoniecznie. Który z systemów jest lepszy? Moim zdaniem oba świetnie się spisują, ale na swoich terenach. Próba zamiany mogłaby wypaść niekorzystnie.


Podczas spacerów w górach warto pamiętać o dwóch rzeczach: wodzie i prowiancie. Jeśli jednak nie przygotowaliście się do wyjścia wcześniej, zawsze możecie to zrobić już na samym szlaku czy bezpośrednio przed wejściem. Wszechobecne sklepy przy kasach biletowych, a także stragany z różnego rodzaju pamiątkami to już norma w Tatrach. Chociaż takie miejsca jak wypożyczalnie kijów trekkingowych czy sklepy z wodą i batonami uważam za bardzo dobre rozwiązanie, to sklepiki ze spinnerami i budki z kebabem trochę gorzej do mnie przemawiają. Najbardziej rozbawił mnie szyld reklamowy po drodze do Morskiego Oka: Prawdziwy góralski kebab. Co to znaczy? Jest wytwarzany tradycyjną podhalańską metodą? Wiem, że gdyby nie klientela, nie utrzymałaby się tradycja góralskiego kebabu, niesmak jednak pozostaje (chociaż odmówiłem sobie spróbowania tego wyjątkowego dania). Zdecydowanie lepszym pomysłem na górską przekąskę będzie szarlotka w jednym z wielu schronisk górskich. Warto byłoby przenieść to danie na nasz grunt. Co byście powiedzieli na „Szarlotkę Kustosza” w Ośrodku Dydaktyczno-Muzealnym?


Po konsumpcji górskich specjałów, kiedy ruszymy na szlaki, możemy podziwiać niesamowite widoki. Warto dla nich przemęczyć się kilka godzin pod górę. Jest coś tajemniczego w tych górach, do czego zawsze mnie ciągnie, co woła mnie z daleka – „Rzuć wszystko i przyjedź tutaj”. Uwielbiam te chwile, gdy po długim marszu z kołatającym z wysiłku sercem wchodzę na szczyt i mam chwilę, żeby na to wszystko popatrzeć i zachwycić się za każdym razem, jakbym to pierwszy albo ostatni raz w swoim życiu.

Na szczęście miałem ze sobą aparat i utrwaliłem widoki, którymi mogę się teraz z Wami podzielić.




Na koniec refleksja: dwa zupełnie różne parki narodowe, zupełnie inne zagrożenia, inne wyzwania, inne bogactwo i piękno. Zupełnie inne rozwiązania i inny charakter pracy. Jednak bez względu, czy to Tatry, czy Polesie – polskie parki narodowe zasługują na uznanie rodzimych  i zagranicznych turystów. Są świetnie przygotowane dla odwiedzających i mają każdemu wiele do zaoferowania. Za tym wszystkim stoją ludzie, którzy dbają o ten 1% Polski, bo taką powierzchnię kraju stanowią u nas parki narodowe. Mam wielu znajomych z TPN i innych parków. Wiecie, co ich łączy? Pasja. Wykonują wspaniałą pracę, ponieważ to „czują”. Chcą, żebyśmy z jednej strony mogli bezpiecznie zobaczyć najpiękniejsze zakątki kraju, z drugiej – żeby było co oglądać, jeszcze przez długi czas. Oby tak było zawsze.

PS 30 września zakończyła się zrzutka na nowy obiektyw Parkowca. Wszystkim, którzy mnie wsparli, pragnę bardzo serdecznie podziękować. Dzięki Wam udało się zebrać 1052 zł! To ogromne wsparcie, które pozwoli mi na zrealizowanie marzenia, jakim jest zakup nowego obiektywu. Chciałbym przypomnieć, że zrzutkę organizowałem jako osoba prywatna, a obiektyw będzie mi służył do realizacji pasji fotograficznej. Myślę, że już niebawem będę mógł podzielić się z Wami nowymi zdjęciami, zrobionymi z jego pomocą. Dziękuje Wam bardzo, jesteście najlepsi!  

piątek, 1 września 2017

Od siebie



Długo myślałem o tym, jak powinien wyglądać kolejny wpis. Sierpień, jak zwykle, owocował w historie i spotkania, zasługujące na wyróżnienie tekstem, ale tym razem postanowiłem napisać coś bardziej osobistego. 


Pierwszego września mijają dokładnie 4 lata (jak ten czas leci!), odkąd jestem zawodowo związany z Poleskim Parkiem Narodowym. Zacząłem jako stażysta, później była umowa na czas zastępstwa, wreszcie – spełnienie marzeń – pełny etat. Tak, spełnienie marzeń: mam wspaniałą pracę w fantastycznym miejscu. Robię to, na czym (mam nadzieję) się znam, a dodatkowo to coś pożytecznego.

Wiele osób ma jednak wyobrażenie na temat mojej pracy wyłącznie na podstawie blogowych opowieści i zdjęć, które umieszczam w serwisach społecznościowych. „Fajnie tam masz. Spacerujesz, robisz zdjęcia, głaszczesz zwierzęta i liczysz roślinki”. Chociaż można mieć w głowie wizję tak niesamowitej pracy, to w rzeczywistości wygląda ona zupełnie inaczej… Pracuję w Zespole ds. edukacji i udostępniania Parku, od dwóch lat moim miejscem pracy jest Ośrodek Dydaktyczno-Muzealny w Starym Załuczu. Praca w muzeum polega przede wszystkim na obsłudze turystów. Sprzedaję pamiątki, bilety na ścieżki, udzielam informacji, pomagam zapoznać się z naszą mapą itp. Absolutnie nie mogę powiedzieć, że to zła praca. Bardzo lubię tę część swoich obowiązków, bardzo lubię rozmawiać z ludźmi, udzielać odpowiedzi na różne pytania, doradzać: co, gdzie i jak można zobaczyć. Nie będę rozpisywał się o obowiązkach takich jak: pisanie sprawozdań i pism, przygotowywanie załączników do wniosków itd., ale zaznaczam, że obecna jest w mojej pracy i ta „papierkowa” część. 

Praca w parku narodowym to nie chodzenie po kładkach i głaskanie zwierząt. Jeśli spaceruję po ścieżkach w godzinach pracy, to tylko oprowadzając zorganizowane grupy – bo i to od czasu do czasu mi się zdarza. Chociaż to nie moje „własne” zwiedzanie Parku, to i tak bardzo to lubię. Cieszę się, że mogę opowiadać o pięknie przyrody Poleskiego Parku Narodowego i ktoś chce mnie przy tym słuchać. Sprawia mi to dużą radość i gdy tylko mam możliwość „wzięcia” wycieczki, zawsze to robię.

Drogi Czytelniku, jeśli dotarłeś do tego momentu – szczerze gratuluję! Tekst nie jest o zwierzętach, ścieżkach, nawet żartów mniej… Przykro mi, nie tym razem. Piszę to wszystko, ponieważ ostatnio zaczepiła mnie pewna Turystka:
– Pan tu chyba za karę bilety sprzedaje. Wie pan: czytam pana bloga i chyba woli pan być w terenie? 
Nie da się ukryć, że plenery Polesia są niesamowite i działają na Parkowca jak magnes. Kiedy tylko mogę, ruszam w teren, ale… po pracy. 

To w wolnym czasie ruszam na ścieżki. Wczesnoranne pobudki kilka godzin przed rozpoczęciem pracy pozwalają zrobić zdjęcia żurawiom, mgłom, wschodom słońca. Po pracy wsiadam na rower i jadę nad Mietiułkę, na Lipniak, Perehod czy Bubnów – miejsca, które kocham i chcę do nich wracać. Robię to z wielką przyjemnością i łączę swoje pasje: do przyrody, Polesia i fotografii. 

Świetnie się składa, bo moje pasje pozwalają mi lepiej pracować. Dzięki temu, co robię po pracy, mogę Wam dokładnie powiedzieć, co aktualnie zobaczycie na ścieżce, gdzie najlepiej obserwować ptaki czy o jakiej porze dnia najłatwiej spotkać łosia. Tę wiedzę zdobywam w wolnym czasie, a nie mam go niestety tyle, ile bym chciał. Teksty, które czytacie – chociaż nierozerwalnie związane z pracą i pasjami – powstają wieczorami w domu. Chcę, żebyście pamiętali, przeglądając zdjęcia i czytając wpisy, że to wszystko jest i dla mnie, i dla Was – aby choć trochę zarazić Was „gorączką Polesia”.


To naprawdę budujące, gdy ktoś przychodzi do mnie i mówi:
– Czytam pana bloga. Naprawdę fajny! Widać, że kocha pan to, co robi. 

Faktycznie tak jest. Kocham swoją pracę w muzeum, kocham też wszystko, co robię w związku z pracą – po pracy. Wzruszyło mnie ostatnio wyznanie rodziny, która przyjechała do Parku z Gdańska. Prosili, by podziękować autorowi bloga „Okiem Parkowca”, bo dzięki jego opisom tu przyjechali i zakochali się w Polesiu. Te podziękowania przekazano mojemu przyjacielowi Czarkowi, o którym też muszę wspomnieć. 

To właśnie dzięki niemu czytacie te wpisy (a przynajmniej ich ostateczną formę). Od samego początku „Okiem Parkowca” Czarek był odpowiedzialny za korektę tekstów i chwała mu za to! Mam bowiem pewien problem z pisaniem – lubię to robić, ale jestem „niechlujem słowa pisanego”. Mimo tego teksty, które czytacie, mają nienaganną ortografię, interpunkcję i składnię. Brawa dla tego człowieka, bo robi kawał dobrej roboty! [Skoro się tu pojawiłem – daję wszystkim słowo, że nie dopisywałem niczego na swój temat. Pragnę się za to pochwalić, że z racji pełnionej pomocy korektorskiej o wszystkich przygodach Parkowca mogę czytać jako pierwszy, a niejednej sam byłem uczestnikiem – przyp. red.]


Otworzyłem się dzisiaj, ponieważ przyszedł mi do głowy pewien pomysł... Od jakiegoś czasu nieśmiało marzę o nowym obiektywie fotograficznym. Kupiony w tamtym roku aparat jest świetny i całkowicie spełnia moje oczekiwania, ale obiektyw jest trochę za krótki. Bywa, że chociaż sytuacja zdjęciowa jest idealna – ograniczenia optyki nie pozwalają wykonać dobrego zdjęcia. Dla porównania – zobaczcie kilka fotek, które zrobiłem z pożyczonym obiektywem o ogniskowej 70-300 mm. 






Jeśli ta prośba jest dla Ciebie nie do przyjęcia – zignoruj ją, proszę, a jeśli to, co robię, sprawia Ci frajdę; jeśli kochasz Polesie jak ja, czytasz nowe wieści, oglądasz zdjęcia i marzysz o wolnym dniu, kiedy będzie można tu przyjechać –  wesprzyj mnie, proszę, chociaż symboliczną kwotą, która przybliży mnie do wymarzonego obiektywu. Moje zdjęcia to Wasze zdjęcia. Chciałbym dzielić się z Wami Polesiem jak najpiękniej.

PS Wszystkie zdjęcia w tym artykule wykonałem w ciągu kilku ostatnich dni pożyczonym obiektywem Nikkor 70-300mm 

Udostępniajcie zrzutkę: 

sobota, 29 lipca 2017

Przychodzi bocian do lekarza, czyli o Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt



Od początku istnienia ludzie oddziaływali w różny sposób na środowisko. Karczowali lasy, osuszali bagna, stawiali osady i miasta, a w końcu poprzecinali swoją planetę siecią dróg i autostrad. Presja, którą wywarliśmy na środowisko, przyniosła przykre skutki wobec jego pozostałych mieszkańców. W miejscu pradawnej puszczy pojawiły się pola uprawne, aglomeracje i szlaki komunikacyjne, a w takiej rzeczywistości ciężko odnaleźć się zwierzętom. 

W miejscach, gdzie człowiek spotyka się z dziką naturą, często dochodzi do konfliktów lub kolizji. Coraz częściej słyszy się o kolizjach drogowych z udziałem dzikiej zwierzyny. Stojące przy drogach znaki ostrzegawcze okazują się niewystarczającym rozwiązaniem, a liczba poszkodowanych rośnie. O ile ludzie mogą liczyć na przyjazd pogotowia ratunkowego, nie zawsze jest ktoś, kto pomoże poszkodowanemu zwierzakowi. Nie wszystkie wypadki kończą się przecież tragicznie.  Dla rannych zwierząt, wymagających opieki, powstają specjalne miejsca, takie jak Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt w Poleskim Parku Narodowym. 
Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt w Starym Załuczu utworzono w 2001 roku. W 2012 roku powstała jego filia w Zawadówce. Zwierzęta znajdują tu troskliwą opiekę i odpowiednie warunki do odzyskania sprawności. O mieszkańców troszczą się nie tylko pracownicy Parku, ale także lekarze weterynarii, którzy służą fachową wiedzą i doświadczeniem.

Od momentu powstania do końca 2015 roku w Ośrodku przebywało łącznie 456 zwierząt z 49 gatunków. Najczęściej trafiają do nas ptaki, m.in.: myszołowy, pustułki, sójki, błotniaki, bąki, bieliki, łabędzie, czaple siwe. Najliczniejszą grupę stanowią jednak bociany białe. Większość bocianów z Ośrodka to młode, które wypadły z gniazda. W naturalnym środowisku nie miałyby większych szans na przeżycie, ale w specjalnie przygotowanej wolierze szybko nabierają sił i już w sierpniu opuszczają nasz Ośrodek na własnych skrzydłach. 

Ssaki z kolei trafiają do filii w Zawadówce. Tam wybudowano dla nich specjalnie skonstruowane schrony. Lokalizacja zapewnia zwierzętom spokój i dużą przestrzeń. Chociaż Ośrodek w Zawadówce powstał stosunkowo niedawno, opiekę i schronienie znalazło w nim już ogółem 76 zwierząt. Były to głównie sarny, łosie, dziki i zające.  Ze względu na swój charakter, miejsce nie jest dostępne dla zwiedzających. Pozwala to uniknąć zwierzętom niepotrzebnego stresu i przede wszystkim nie przyzwyczajają się do ludzi.



Pomagajmy mądrze!

Nie każde zwierzę potrzebuje naszej pomocy. Zdarzają się przypadki dostarczania do Ośrodka osesków saren. Sarna często zostawia swoje młode, ale czuwa w pobliżu. Nie należy podchodzić do maleństw ani ich dotykać. Mama sarna wie, co robi! 

W 2016 roku aż 8 puszczyków znalazło się w Ośrodku. Ptaki po odkarmieniu i otrzymaniu odpowiedniej pomocy zostały wypuszczone na wolność. Nie powinny jednak wcale do nas trafić. Gdy puszczyki nie mieszczą się już w dziupli lub gnieździe, „wypadają” z niego, pozostając w pobliżu. Cały czas zajmują się nimi i karmią je rodzice. Cieszy nas, że coraz więcej osób chce pomagać zwierzętom, jednak nie zawsze ta pomoc jest potrzebna. Zdarza się nawet, że może wyrządzić więcej szkody niż pożytku.

W przypadku zaobserwowania zwierzęcia rannego, porzuconego czy takiego, które wygląda na potrzebujące pomocy, najbezpieczniej do nas zadzwonić. Pracownicy Parku odpowiedzą na wszystkie pytania i w razie potrzeby udzielą zwierzęciu pomocy.  

Praca w Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt to niemałe wyzwanie. Wymaga dużej cierpliwości i „dobrej ręki” do zwierząt. To nie tylko przebywanie wśród bocianów i wypuszczanie wyleczonych zwierzaków. To także przygotowywanie pokarmu, sprzątanie, czyszczenie misek i wolier, zmienianie opatrunków itp. Często przychodzą ciężkie chwile, ponieważ nie każdemu zwierzęciu udaje się pomóc, jednak satysfakcja z każdego uratowanego podopiecznego jest ogromna.



 























Śledźcie fanpage:

Zaglądajcie na Instagrama:
I zakładajcie odlotowe koszulki: