czwartek, 23 lutego 2017

Ostatnie tchnienie zimy



I stało się! Wiosna, niczym Chuck Norris w Strażniku Teksasu, kopniakiem z półobrotu rozprawiła się z zimową aurą. Wiem, że żarty o Chucku nikogo już nie bawią, ale trudno było mi znaleźć bardziej trafne porównanie. Wystarczyły 3 stopnie na plusie i trochę deszczu, żeby można było zapomnieć o poleskiej „Krainie Lodu”. Od kilku dni można usłyszeć albo zobaczyć pojedyncze gęsi, ale o definitywnym końcu zimy niech świadczy klangor żurawi, który obudził mnie dzisiejszego ranka.

Od samego początku zimy miałem w głowie pomysł, żeby opisać Wam jedną z mroźnych wędrówek po Parku, jednak chociaż intensywnie się starałem, do tej pory nie udało mi się wydłużyć doby i ze swoją arktyczną wyprawą na ścieżki PPN musiałem czekać. W końcu udało mi się jednak znaleźć parę godzin na bardzo przyjemny spacer po bagnach. 

Jako cel wyprawy wybrałem ścieżkę przyrodniczą „Dąb Dominik”. Nie wiem, jak to się stało, że do tej pory nie opisałem na Okiem Parkowca tej sztandarowej ścieżki przyrodniczej parku. „Dąb Dominik” jest pierwszą i do tej pory najbardziej popularną trasą na terenie PPN. Jej początek znajduje się w miejscowości Kolonia Łomnica – dokładnie w połowie drogi między Sosnowicą a Urszulinem. Przed początkiem trasy znajduje się duży parking, a także świetnie przygotowane zadaszenie turystyczne. Udogodnienia te sprawiają, że infrastruktura turystyczna parku staje się już marką, chociaż najważniejsza jest oczywiście przyroda i jej bogactwo, którego doświadczyć możemy na trasie. Ścieżka przyrodnicza „Dąb Dominik” daje możliwość poznania większości siedlisk, z jakimi możemy spotkać się na terenie PPN. Pierwszy fragment prowadzi nas przez las grądowy z uwielbianymi przez Parkowca grabami i lipami. Warto wybrać się tam w najbliższym czasie, ponieważ gdy pojawi się trochę więcej słońca, cały las pokryje się kobiercem śnieżnobiałych zawilców. Właśnie w tym grądziku rośnie sędziwy Dąb Dominik, nazwany na cześć prof. Dominika Fijałkowskiego, którego starania przyczyniły się do powstania Poleskiego Parku Narodowego. Zaraz za Dominikiem znajduje się fragment olsu kępowo-dolinkowego z charakterystycznymi olszami na wyspach. Nie spodziewałem się, że ols może być tak malowniczy zimą.


Główny trakt prowadzi nas dalej przez drągowiny sosnowe, czyli lasy w przebudowie. Często słyszę opinie, że w parku narodowym nie powinno się wycinać drzew. Dyskusja na ten temat stała się głośniejsza zwłaszcza w ostatnim czasie, z powodu nowelizacji przepisów dotyczących wycinki drzew. Sami również znaleźliśmy się „pod ostrzałem”. Gdy w połowie stycznia musieliśmy zamknąć ścieżkę „Dąb Dominik” ze względu na trwające prace leśne, pod informacją umieszczoną na parkowym Facebooku pojawił się komentarz o treści mniej więcej: „Tak, najlepiej wszystko wytnijcie!”. Udało się wtedy spokojnie wyjaśnić Autorce, na czym wspomniane prace leśne polegają. Pozwoliło mi to zauważyć, że społeczeństwo w ostatnim czasie stało się bardziej wrażliwe na kwestie ochrony przyrody, ale brakuje niekiedy rzetelnej wiedzy na ten temat. Tak więc, Drodzy Czytelnicy – czas na pogadankę edukacyjną. Tak, w parku narodowym od czasu do czasu trzeba wyciąć drzewo. Są miejsca objęte ścisłą ochroną, w których nie prowadzi się żadnych prac. Ba! Nie możemy nawet postawić tam stopy. Są również takie miejsca, w których prowadzi się ochronę czynną. Lasy na naszym terenie nie powstały w sposób naturalny. Po II wojnie światowej na gigantyczną skalę rozpoczęło się w Polsce sadzenie lasów sosnowych. Stosunkowo niewielkie wymagania siedliskowe i szybki  czas wzrostu sosen pozwoliły w niedługim czasie odnowić obszary leśne. Powstały w ten sposób monokultury – z przyrodniczego punktu widzenia mniej wartościowe od wielogatunkowych lasów mieszanych. Dominacja monokultur wymusza przebudowę drzewostanu. W dogodnych miejscach sukcesywnie prowadzimy podsadzenia dębem, grabem czy lipą, natomiast sosny są stopniowo wycinane, by dać miejsce podrostom. Dlatego nawet w takich miejscach jak park narodowy od czasu do czasu słychać pracę piły, a ścieżkę trzeba chwilowo zamknąć, żeby nikomu nie stała się krzywda. 

Wróćmy do naszego spaceru. Ścieżka „Dąb Dominik” prowadzi nas do Jeziora Moszne – jednego z czterech jezior, znajdujących się na terenie parku. Moszne jest wyjątkowym akwenem. Idąc po drewnianej kładce, chodzimy tak naprawdę nad powierzchnią jeziora, zarośniętego kożuchem roślinności, zwanym płem lub spleją. Spleję tworzą głównie mchy torfowce, ale na jej wierzchu rośnie przeogromna (tak, nie bójmy się tego słowa) liczba różnych gatunków. Za jakiś czas zobaczymy tu smakowite żurawiny, bezlitosne drapieżne rosiczki, czy piękne storczyki. W czasie ostatniej zimowej wędrówki zachwycaliśmy się sosnami karłowatymi – swoistymi drzewkami bonsai Polesia. Sosny te, rosnąc na ubogiej w składniki pokarmowe splei, nie wykształciły znanej nam dobrze formy i wyglądają jak kilkuletnie sadzonki, mimo że mają na karku czterdziestkę. Nad samym jeziorem spędziliśmy dłuższą chwilę, rozkoszując się widokiem zamarzniętej jeszcze tafli wody i wszechogarniającym spokojem. Naprawdę, jeśli szukacie miejsca, w którym możecie odpocząć, wyciszyć się po ciężkim dniu, czy pobyć z przyrodą sam na sam – nie ma lepszego miejsca niż ścieżka „Dąb Dominik”.


W drodze powrotnej drewniana kładka prowadzi nas skrajem boru bagiennego. Las zachwyca swoim runem, złożonym z dwóch ciekawych roślin: bagna zwyczajnego i borówki bagiennej tzw. pijanicy. Nie wiem, czy już Wam opisywałem właściwości tych roślin. Jeśli nie, to jeszcze to uczynię, wiąże się z nimi bowiem ciekawa poleska (prawie już) legenda.

 
Ostatni fragment trasy przebiega tuż obok torfianek, czyli dawnych wyrobisk torfu. Poleszucy wykorzystywali torf jako naturalne biopaliwo do swoich domowych reaktorów kaflowych. Miejsca po jego wybraniu szybko zapełniły się wodą, tworząc malownicze śródleśne jeziorka. Nie polecam natomiast kąpieli w takich oczkach: są dosyć głębokie, a brzegi bardziej przypominają pionową ścianę basenu niż dobrze znane nam kąpieliska. Niemniej warto na nie popatrzeć i zatracić wzrok w ciemnej jak noc wodzie z Polesia.

Serdecznie zapraszam na ścieżkę przyrodniczą „Dąb Dominik” zwłaszcza teraz, w obliczu wiosennych powrotów ptaków i przebudzenia przyrody. Pamiętajcie jednak, że Poleski Park Narodowy jest piękny o każdej porze roku i to właśnie miał udowodnić powyższy tekst. Do zobaczenia na szlaku!





poniedziałek, 30 stycznia 2017

Ptaki na wypasie - o ptakach karmnikowych słów kilka



Na Polesiu zima w pełni. Dawno nie było tak śnieżnie, jak w tym roku. Mieliśmy – co prawda – kilka cieplejszych dni, ale na tle poprzednich lat zima sezonu 2016/2017 jest prawdziwą zimą! Jest jednak całkiem znośnie. W ubiegłym roku również dzieliłem się z Wami swoimi spostrzeżeniami na temat tej pory roku i nie ukrywam, że miałem z nią wówczas przez dłuższy czas na pieńku (zaspy na równi z płotem!). Sama zima zrozumiała chyba jednak, że nie tędy droga i, zamiast zasypywać ludziom chatki, stworzyła iście bajkowe krajobrazy. Zauważyłem, że na facebookowych profilach Poleskiego Parku Narodowego i Okiem Parkowca zimowe krajobrazy cieszą się Waszym szczególnym zainteresowaniem. Dzisiaj jednak nie będzie relacji z zimowych wypraw i spacerów. Przeczytacie za to o ptakach na wypasie, czyli o tym jak dokarmiać ptaki.


Może się wydawać, że zima nie sprzyja obserwacji ptaków. Bociany odleciały, czapli i łabędzi też jakby mniej, nigdzie nie słychać klangoru żurawi. Tymczasem nie wszystkie ptaki wybrały się na przymusową imigrację. Znaczna część okazała się ponadprzeciętnymi patriotami i została z nami w tym trudnym okresie. Nie chcę rozpisywać się o wszystkich zimowych ptaszyskach, bo nie mam aż takiej wiedzy, zresztą rozmiar tekstu byłby wtedy sprawdzianem cierpliwości wielu z Was... Opowiem Wam o tym, kogo możecie spotkać przy ptasim karmniku. 

Pierwsze przychodzą na myśl oczywiście sikorki! Wśród nich najbardziej powszechnie występują bogatki, czyli „słoninozjadacze”. Nazwa tych ptaków nie jest wcale przypadkowa – na tle innych sikor ich ubarwienie faktycznie mieści się w stylu „na bogato”. Charakterystyczny żółty brzuszek sikorek zdecydowanie ożywia zimowy krajobraz. Bogatki mają oliwkowozielone pokrywy skrzydeł i charakterystyczne białe policzki. Choć widuję je codziennie, nigdy nie mogę skutecznie nacieszyć nimi oczu. Podobne odczucia ma zresztą chyba mój kot, który mógłby na nie patrzeć godzinami – to dopiero birdwatcher!

Sikorka bogatka i sosnówka podczas wspólnego śniadania
 Obok bogatek przy domowym karmniku często możemy spotkać mniej „wypasione” sikorki: czarnogłówkę i sikorkę ubogą. Także w tym przypadku ich nazwy są znaczące. Ubarwienie ptaków jest mało spektakularne – czarne czapeczki, brązowe skrzydła i popielaty brzuch. Szału nie ma… Z tymi sikorami mam jednak niemały problem. Nigdy, absolutnie nigdy nie jestem przekonany, którą z nich w danym momencie obserwuję. Co prawda wiem, że czarnogłówka ma zdecydowanie dłuższy czarny krawat pod dziobem, ale rzadko udaje mi się spojrzeć ptakom face to face czy raczej dziób w dziób. Podobno najlepszym sposobem na ich rozróżnienie jest nasłuchiwanie głosu.  Sikorka uboga „śpiewa” mniej więcej: „ciep – ciep – ciep” lub „pićj – pićj – pićj”, natomiast czarnogłówka: „cju – cju – cju” lub „fij – fij – fij”. Teraz sprawa wydaje się banalnie prosta…
Czarnogłówka

Sikora uboga
Inne sikorki, które możemy spotkać przy domowym karmniku (o ile nie odwiedza go kot), to czubatka i modraszka. Ich rozpoznanie nie powinno dla nikogo stanowić problemu, gorzej jest zazwyczaj z częstotliwością odwiedzin. Czubatkę możemy rozpoznać po charakterystycznym (jakby nie było) czubku na głowie. Największe szanse na spotkanie czubatki mamy w okolicy lasów iglastych. Zimą często łączy się w stada, by wspólnie polować na kulki przy karmniku.
 
Czubatka
Moją faworytką w kategorii „ubarwienie piór” jest modraszka. Jej łaciński epitet gatunkowy caeruleus tłumaczy się jako ‘niebieska’ i faktycznie ptaszek ten wyróżnia się błękitnym ubarwieniem czapeczki oraz skrzydeł. Co ciekawe – to jedyny mały ptak w Europie z tak bogatą paletą barw.

Modraszka pod obserwacją czubatki
Ostatnią sikorką, którą udało mi się w tym sezonie spotkać, jest sosnówka. Swoim ubarwieniem bardzo przypomina czarnogłówkę i sikorkę ubogą. Z tyłu głowy ma jednak wyraźną białą linię. Sosnówka jest nie tylko ostatnią sikorką w tym wpisie, ale i w ogóle ostatnią z naszych krajowych sikor. To jednocześnie najmniejszy z ich przedstawicieli. Dorosłe osobniki ważą zaledwie 8 gramów, więc nawet jeśli sikorka zje tyle, ile sama waży – nie pomniejszy w znaczący sposób naszych zapasów słoniny. 
 
Sosnówka
Rozpisałem się o sikorach, a połowa czytających pewnie już dawno zasnęła, a druga od 17 minut ogląda śmieszne koty na Youtube. Tym, którzy wytrwali do tego momentu, szczerze gratuluję!
Oczywiście nie tylko sikory odwiedzają nasze karmniki. Wróble, mazurki czy sójki także bardzo chętnie korzystają z pozostawionych im przysmaków. W pobliżu leśniczówki moich Rodziców przy smakowitych kulach stołuje się niemałe stado trznadli. A mnie udało się dziś przyłapać dzięcioła średniego w trakcie późnego śniadania. Czy zimą trudno zobaczyć więc ptaki? Oczywiście, że nie. Żeby je zobaczyć, trzeba tylko trochę się wysilić. 

Nie tylko sikorki... Trznadel czeka na swoją kolej przy kulce
Wysiłek ten polega na dokarmianiu ptaków. Może ktoś pomyśli, że to przecież żaden problem: „Wieszam słoninę i gotowe”. Nie jest to jednak aż tak proste. Ptaki należy dokarmiać przede wszystkim REGULARNIE! Nie można dosypywać pokarmu, czy wieszać kule tylko od czasu do czasu. Ptaki bardzo szybko przyzwyczajają się do naszej pomocy i w przypadku, gdy nie dostarczymy pokarmu na czas, mogą po prostu paść z głodu… Posłużę się dosyć brutalną analogią. Jakbyś się czuł, człowieku, gdybyś wypłatę dostawał od czasu do czasu? Albo szef, po jednorazowej wypłacie okraszonej kilkoma fotografiami, na których cieszysz się z pieniędzy, po prostu by o Tobie zapomniał i nigdy więcej nie zrobił przelewu? Niezbyt fajnie, prawda? (Jeśli czyta to mój szef, to bardzo serdecznie go pozdrawiam, bo u nas jest wszystko OK, a wypłata zawsze na czas) Kolejną ważną sprawą jest dobór odpowiedniego pokarmu. Nigdy nie używajcie w tym celu solonych produktów. Często się zdarza, że zostały nam z obiadu jakieś resztki: okruszki, może solone orzeszki. Apeluję: NIE WRZUCAJMY ICH DO KARMNIKA! Ptakom powinniśmy dostarczać tylko naturalny pokarm. Surowa słoninka, łuskane orzechy czy ziarna słonecznika wystarczą. A jeśli chodzi o kulki, które często pojawiały się w tekście i na zdjęciach – to pokarm, który bez problemu znajdziecie w markecie, a na pewno w sklepie zoologicznym. Skład takich kulek to słonecznik, nasiona innych roślin oleistych, śruta zbożowa (z pszenicy i kukurydzy), orzechy oraz tłuszcz zwierzęcy (łakocie i witaminy). 

I mazurek znajdzie coś dla siebie
Na koniec jeszcze jedna wskazówka. Jeśli wieszacie karmnik, kulki lub soczystą słoninkę, wybierajcie miejsca, w których ptaki naturalnie szukałyby pożywienia: drzewa, krzewy czy zarośla. Będzie im znacznie łatwiej, a Wy będziecie mieć większą szansę na ciekawe spotkania. Pozdrawiam wszystkich birdwatcherów, ptaszolubów i pozostałych czytelników bardzo serdecznie! Darz bór! 

Jeżeli chcecie zobaczyć z bliska, jak wygląda śniadanie bogatek zapraszam do obejrzenia tego: 


PS Śledźcie na bieżąco profil na Facebooku, bo wkrótce pojawią się tam ciekawe atrakcje! 
 
  

piątek, 23 grudnia 2016

Idą święta... czyli o rozpalaniu domowego ogniska



Coraz bardziej podoba mi się uczucie, które pojawia się we mnie, kiedy otwieram pusty dokument w Wordzie i zaczynam pisać. Moim postanowieniem noworocznym będzie właśnie częstsze udzielanie się w blogosferze. Na Polesiu nietrudno w końcu o ciekawe przygody, więc i poczytne tematy. Tym razem, ze względu na "rodzinny charakter Świąt" tekst w zimowo-bajkowej konwencji.

Dawno, dawno temu (dokładnie dwa i pół tygodnia temu) za siedmioma jeziorami, za siedmioma torfowiskami, za siedmioma ścieżkami dydaktycznymi w leśnej chatce mieszkał sobie Parkowiec. Żył sobie spokojnie na skraju lasu, z dala od miast i spraw wielkich ludzi. Gdy nadeszła zima stulecia (kto wie: może tegoroczne dwa tygodnie śniegu to największe opady w tym stuleciu?), Parkowiec musiał zadbać o własny byt i rozpalić prawdziwe domowe ognisko.

Żywot poleskiego człowieka poczciwego związany jest bowiem z tą, która nieuchronna, z tą, która przychodzi niezapowiedzianie, z tą, która zawsze zaskakuje drogowców – z zimą. Zima na Polesiu zawsze nadchodzi i znana z książek czy serialu dewiza Winter is coming mogłaby tu skutecznie funkcjonować jako oficjalne przywitanie. Na czym więc polega fenomen nadchodzącej zimy?

Dla Poleszuków przygotowania do zimy są swoistym rytuałem. Kiedy jeszcze nie zdąży pojawić się pierwszy przebiśnieg, u leśniczego sypią się już zamówienia na trzy metry brzozy „na zimę” . Zapobiegliwość Poleszuków może się wydawać miastowym dziwna. Żeby jednak drewno było zimą suche, najlepiej porąbać je w marcu. Ciepły i silny marcowy wiatr jest idealny, żeby wysuszyć surowe drewno. Przez resztę wiosny i lata układa się je na słońcu i stopniowo przenosi na zimę do drewutni. Zaradni Poleszucy sezonują drewno – drwa przygotowane w danym roku lądują na palenisku dopiero w kolejnym sezonie grzewczym. 
 
Domowe ognisko miało dla mieszkańców Polesia szczególne znaczenie. Ogień dawał poczucie bezpieczeństwa, przygotowywano przy jego pomocy pożywienie, a przede wszystkim ogrzewał mieszkańców drewnianych chat i cieszył ich ciepłem nawet w najbardziej mroźne dni. Ognia nigdy nie gaszono wodą! Jeśli pojawiała się potrzeba wygaszenia paleniska, używano w tym celu popiołu. Uśpiony w ten sposób żar budził się zaraz po dodaniu brzozowej kory, a kilka iskier błyskawicznie wywoływało tańczące języki ognia, które rozgrzewały „płytę indukcyjną” tamtych czasów. A placki prosto z takiej płyty… Niech żałują ci, którzy nie próbowali! 



Ciężkie potrafiły być poleskie zimy. Na pozbawionej drzew mozaice łąk i bagien wiatr potrafił rozpędzić się do niewyobrażalnych prędkości, wywołując swym wyciem najstraszniejsze skojarzenia. Ziemia poleska, pozbawiona i tak dróg szybkiego ruchu, zimową porą była szczególnie niedostępna. Poleszucy tworzyli jednak znane sobie ścieżki przez zamarznięte mokradła. Mroźna część roku szczególnie cieszyła dzieci, które mogły wreszcie szusować na łyżwach doczepianych do trzewików. 

Chociaż obraz srogich zim poleskich znam tylko z opowiadań czy literatury, jest bardzo bliski mojemu sercu. Zawsze, kiedy dokładam drwa do ognia, mam w pamięci szacunek, którym ogień niegdyś darzono. Dawne czasy nie do końca odeszły w zapomnienie, a Poleszucy nadal gromadzą nieraz ogromne zapasy drewna na zimę. Nawet gdy zima miałaby nie przyjść, to zapas drewna (najlepiej na trzy zimy do przodu) musi być!

Na zakończenie bajki o drewnie i ogniu chciałbym złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia! Spokoju, odpoczynku, spotkań w rodzinnym gronie i jakże potrzebnego nam ciepła! W wigilijny wieczór szczególnie pamiętajcie o tych, którym ciężko jest o domowe ognisko. Wesołych Świąt! 





 Zdjęcia: 
"Zuza poprawiająca makijaż" oraz "Nowy zaprzęg" - Sławomir Wróbel
"Żółw Rudolf" i  "Pójdźkowy Mikołaj" - Marek Tokarzewski   
 
PS Grafiki nie mają nic wspólnego z tekstem. Przed użyciem zapoznaj się z treścią powyższego wpisu bądź skonsultuj się z Parkowcem i jego farmaceutą.