niedziela, 30 września 2018

Gdzie spotkać łosia?


Pewnie niektórzy zauważyli, że Okiem Parkowca wstrzymało ostatnio oddech i od lipca nie pojawił się na blogu żaden dłuższy wpis. Bardziej złośliwi twierdzą, że skoro sierpień jest miesiącem trzeźwości, Parkowcowi zabrakło po prostu weny… Nic bardziej mylnego! Nie brakowało mi weny, ale jak zwykle – czasu. Wiele się ostatnio działo –­ Wakacje w Parku, Rowerowy Rajd Rodzinny, świętowaliśmy „wykopki” żółwi, a także dni: żurawia i łosia. O wszystkim warto byłoby napisać. Było wiele ciekawych spotkań i miłych chwil na poleskich moczarach, nie było za to chwili, żeby o tym spokojnie opowiedzieć na blogu. Na szczęście w dobie Facebooka byliście w miarę na bieżąco z tym, co słychać w Poleskim Parku Narodowym i u brodatego kustosza. Tekst, który czytacie, odpowie na najważniejsze pytanie w mojej karierze zawodowej: Gdzie spotkać łosia? 

Pytanie to wraca jak Zenek Martyniuk na pierwsze miejsce listy przebojów. Prawie każdy, kto przyjeżdża do PPN, chce spotkać te zwierzaki i nie ma możliwości, żeby zadowolił się odpowiedzią – trzeba mieć szczęście…

Jeśli chcecie zagłębić się w łosiowy temat, polecam Wam jeden z pierwszych wpisów na blogu „Król poleskich bagien”. Opisałem tam jedno z bliższych spotkań z tymi niezwykłymi zwierzakami, sprzedając przy okazji kilka ciekawostek na ich temat. Los (czyli łoś bez polskich znaków) chciał, żeby jeszcze raz poruszyć łosiowy temat na blogu. Otóż 16 września obchodziliśmy po raz pierwszy Dzień Łosia. 

Organizatorem wydarzenia była Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze i związany z nią serdeczny kolega Radosław Miazek. Za jego namową dałem się wciągnąć w poleskie bagna, by pokazać Wam łosie z bliska – taką mieliśmy przynajmniej nadzieję. 

Od początku września staraliśmy się z Radkiem przygotować optymalną trasę, na której będą największe szanse, by spotkać łosia. Wybraliśmy okolice mojej chatki, bo – po pierwsze – miałem blisko, po drugie – całkiem przyjemnie się tam wędruje. Trasa prowadziła przez tereny otwartego torfowiska, starych torfianek, otwartych łąk, a także fragmentów sosnowych borów – dla łosia idealnie! Gdy mieliśmy już obraną trasę i kierunek, zacząłem regularnie samodzielnie spacerować po okolicy, żeby pokazać Wam łosia, chociaż na zdjęciach. I jak to z moim szczęściem bywa, przez dwa tygodnie nie spotkałem ani jednego fragmentu łosiowego cielska. Wstawanie o świcie, obserwacje z ukrycia, zakup specjalnego stroju maskującego, wieczorne i noce spacery zdały się na nic. Łosi ni ma. 

 Pomyślałem: pięknie, ludzie z całego województwa grzeją gdzieś na koniec świata, żeby spotkać wreszcie zwierzaka, a łosi ani widu, ani słychu. Ale nastąpił wreszcie przełom. Na dzień przed planowanym wydarzeniem wybrałem się na wieczorne słuchowisko na bagno za domem. Usiadłem wygodnie na składanym krzesełku, przebrałem się za krzaka łozy i tak zakamuflowany oczekiwałem na spotkanie z królem bagien. Wrześniowe wieczory są naprawdę cudowne! Cisza, spokój, mgła unosząca się nad wodami i brak komarów sprzyjają obserwacjom. Tego wieczoru były to jednak wyłącznie nasłuchiwania. Schowany w krzakach, usłyszałem, jak z przeciwległej strony przemieszcza się zwierz o znacznych gabarytach – szelest roślin i ciche stęknięcie utwierdziły mnie w przekonaniu, że zbliżał się do mnie łoś. Szu, szu, szu – później chlup do wody. Jeszcze chwilka i wyjdzie „na czyste” – pomyślałem. Łoś jednak przechytrzył Parkowca i po „chlup” nie nastąpiło już nic. Przypuszczam, że siedział sobie w tym rowie do rana, mając za nic mnie i moje marzenia o wykonaniu zdjęcia życia…


Przyszedł Dzień Łosia. Chętni na spotkanie z królami bagien zebrali się na parkingu w Łomnicy, a później przemieścili się do Lejna, żeby razem z Radkiem i Parkowcem wyruszyć tropem łosia. Pierwsze, co dało się zaobserwować, to ogromne zainteresowanie całą akcją. Około 60 osób wstało bladym świtem, by dotrzeć na Polesie i wspólnie szukać łosia. Była do tego znakomita okazja – przecież to czas bukowiska, czyli łosiowych zalotów. Różnią się one nieco od rykowiska. Nie są tak spektakularne i tak słyszalne. Łosie, w odróżnieniu od jeleni, nie tworzą też haremów. To klępa zwabia byka swoim stękaniem. Później, gdy nie ma rywali, może dojść do „konsumpcji”. Pod jednym jednak warunkiem – samiec, byk musi zostać zaakceptowany przez potomka klępy, który nie odstępuje jej jeszcze na krok. Ciekawa sprawa z tym bukowiskiem, chętnie napisałbym o nim ciut więcej, ale muszę zachować coś na przyszłoroczny Dzień Łosia. Wycieczka po Lejnie i okolicach udała się niesamowicie. Wszyscy przemokliśmy od rosy, buty były ciężkie od błota, a i tak z uśmiechami na twarzy maszerowaliśmy przez błota i krzaki. Byłem pewny, że w żaden sposób nie uda nam się tych łosi spotkać. Łoś lub los chciał jednak inaczej. Gdy dotarliśmy do jednej z wielu w okolicy torfianek, doszły nas znajome dźwięki – szu, szu. Łoś, jest łoś! – krzyknął Parkowiec. Okazało się, że miejsce, które odwiedzałem codziennie, było miejscem randki klępy z bykiem. Niesamowite spotkanie, zważając, że było już grubo ponad 3 godziny po wschodzie słońca, a przez las na torfiankę weszło 60 osób! Ci, którzy zdążyli wejść, widzieli. Ci, którzy zostali w tyle, mogli nam tylko zazdrościć. Czy mój okrzyk spłoszył zwierzęta? Myślę, że i bez niego zwierzę oddaliłoby się od takiego tłumu. Łosie czmychnęły jednak nieopodal, wyczekały moment i wróciły do romantycznych uniesień. 


Po przejściu 8 kilometrów zawędrowaliśmy z powrotem pod chatkę Parkowca, gdzie rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy kiełbaski. Była kawa, herbata i masa innych atrakcji (poleskie wilkory i dzika puma). Co ciekawe, gdy wszyscy już odeszli, moim oczom ukazał się niesłychany widok. W miejscu, gdzie przed chwilą biwakowało ponad 60 osób, nie było ani śladu ich obecności. Ani papierka, ani niedopałka, zupełnie nic. Wielki szacunek dla tych, którzy wzięli udział w wydarzeniu – jesteście najlepsi i mam nadzieję, że będę miał jeszcze przyjemność wędrować z tak świetną grupą ludzi. 

Drugie spotkanie z łosiami w ciągu ostatnich dni miało miejsce na ścieżce „Czahary”. Oprowadzałem uczestników konferencji naukowej organizowanej przez SGGW i UP w Poznaniu. Dotarliśmy na drugą wieżę widokową (tę na bagnie) i obserwowaliśmy panoramę Bagna Bubnów. I nagle niespodziewanie z lasu wyszedł sobie młody byczek, dał susa przez kładkę i powędrował swoją łosiową drogą przez bagna. Godzina spotkania? 10:30.


Jak więc to jest z tymi łosiami? Gdzie i jak można je spotkać? Odpowiedź zaskoczy Was wszystkich – weźcie grupę ok. 40-60 osób, wybierzcie się w miejsce, w którym nigdy wcześniej tych łosi nie widzieliście, najlepiej w środku dnia. Tak, wtedy uda się Wam spotkać łosia, podobnie jak mnie!

Niech łoś będzie z Wami! 



wtorek, 24 lipca 2018

Wakacje z Parkiem, czyli jak zwiedzać Poleski Park Narodowy


Pomysł na najnowszy artykuł podsunęło mi samo życie i mam na myśli nie ulubiony serial z dzieciństwa, a prozę dnia codziennego. Obsługując turystów, bardzo często słyszę podobny wstęp:

– Dzień dobry. Wie pan, my tutaj pierwszy raz i nie do końca wiemy co, gdzie i jak?

Z myślą o tych turystach (oraz o wszystkich innych) postanowiłem napisać poradnik, ułatwiający przyjemne i bezpieczne zwiedzanie.



1. Ile mamy czasu?

Podstawową sprawą, którą należy ustalić przy planowaniu wyjazdu do Poleskiego Parku Narodowego, jest czas, jaki możemy w jego trakcie poświęcić. Jeśli mamy do dyspozycji kilka godzin, uda nam się raczej pokonać jedną ścieżkę przyrodniczą. Część osób niestety nie wie, że przejście takiej ścieżki zajmuje od 1,5 do 3 godzin – warto więc wcześniej sprawdzić, jak długa jest trasa i ile czasu na nią zaplanować.

Pomocna w planowaniu wycieczki po Parku może się okazać jego strona internetowa.  Po lewej stronie znajduje się zakładka Zaplanuj wizytę – a w niej: cennik, pomoc w dojeździe, dane meteo, regulaminy, mapy, linki do aplikacji mobilnych, system zakupu biletów i adresy punktów informacji turystycznej, a nawet zasady i cennik wypożyczalni rowerów. Mamy wszystko w jednym miejscu, a strona działa bez problemów na urządzeniach mobilnych, więc nawet w drodze na wycieczkę, przesuwając kciukiem po szybce, możemy wszystkiego się dowiedzieć. W tej samej zakładce znajdziemy też kontakty do kwater agroturystycznych, miejsc noclegowych, siedlisk i ośrodków wypoczynkowych. Nie znajdziecie tam niestety zdjęć obiektów, ale numer telefonu, adres e-mail i strona internetowa skutecznie pomogą w znalezieniu zacisznego miejsca noclegowego.



2. Co tu można zwiedzić?

Na terenie Parku wyznaczono kilka ścieżek przyrodniczych – pięć pieszych, jedną rowerową i dwie miniścieżki dla najmłodszych. Trasy do pokonania pieszo to Perehod, Obóz Powstańczy, Dąb Dominik, Spławy i Czahary – każda jest inna, ma zróżnicowaną długość i każda zaczyna się w innym miejscu. Błagam, nie proście nas by wskazać tą jedną, najciekawszą, najładniejszą, najlepszą itd., - każda z nich jest niesamowita! Niestety nie mamy takiego komfortu, żeby móc wyznaczyć początek wszystkich ścieżek z jednego punktu. Jeśli więc chcemy zwiedzić więcej niż jedną ścieżkę przyrodniczą jednego dnia, musimy być mobilni. Dla osób aktywnych Park ma ciekawą propozycję – wypożyczalnię rowerów. Do naszej dyspozycji są rowery górskie, wyposażone w spore sakwy, gdzie możemy z powodzeniem zmieścić większą część podróżniczego ekwipunku. Ale uwaga: rowery nie posiadają zapięć! Chociaż nigdy nie słyszałem o próbie kradzieży roweru z terenu Parku, lepiej mieć je na oku lub zabrać własne zabezpieczenie.

Skoro jesteśmy w temacie rowerów: na terenie Poleskiego Parku Narodowego wyznaczono jedną ścieżkę rowerową Mietiułka. Zaczyna się w miejscowości Łowiszów i ma 21 km długości. Uczulam jednak, że Mietiułka prowadzi przez drogi gruntowe. Są miejsca, gdzie może być nieco więcej piachu. Jeśli spodziewamy się bardzo wygodnej trasy z nawierzchnią z kostki brukowej – niestety. Osobiście uważam to za wartość dodaną. Lepiej trochę się zmęczyć niż zalewać park narodowy betonem. Przy okazji w pełni można zachwycać się widokiem nieprzekształconego niepotrzebnie Polesia. Na terenie Parku i w jego okolicy wyznaczono również kilka szlaków rowerowych – wszystkie są dobrze oznakowane w terenie i oznaczone na naszej najnowszej mapie, której zakup polecam wszystkim zwiedzającym.

Opisy wszystkich ścieżek dydaktycznych PPN znajdziecie na stronie internetowej Parku w zakładce Atrakcje wraz z opisem długości, poglądową mapką, szacowanym czasem przejścia, a także wskazówkami na temat dojazdu do początku trasy.


3. Co z biletami?

Dobrze, wiemy już, ile mamy czasu, gdzie to się wszystko zaczyna i kończy, wybraliśmy trasę – w drogę! Dojeżdżamy do początku ścieżki i… zonk. Nie ma kasy biletowej, a na tablicy jest napisane jak wół: „Wstęp na ścieżki płatny”… Co teraz? To jeden z najczęściej słyszanych zarzutów od turystów:

– Proszę pana, ale dlaczego tam nikogo nie ma? W Tatrach wszędzie mają kasy przed wejściem.

Tak, w Tatrzańskim Parku Narodowym ruch turystyczny jest zbliżony do tego u nas. Tylko tam jest to liczba turystów, przewijających się w ciągu jednego dnia, u nas – w całym sezonie. Bilety na ścieżki PPN można zakupić w naszych ośrodkach: w Starym Załuczu i Urszulinie. W sezonie, czyli od 1 kwietnia do 31 października, są one otwarte codziennie. Muzeum do godziny 16:00 od poniedziałku do piątku i do 17:00 w soboty i niedziele. Budynek Dyrekcji Parku w Urszulinie jest otwarty codziennie do godziny 20:00. W czasie weekendów bilety możecie kupić również przy początkach ścieżek przyrodniczych Perehod i Dąb Dominik, gdzie znajdziecie naszych pracowników.

Co jednak zrobić, jeśli chcemy zacząć zwiedzać Park od świtu, kiedy kasy są jeszcze zamknięte? Kolejny raz warto skorzystać ze strony www, z zakładki System zakupu biletów. Bilety można kupić z wyprzedzeniem, bez potrzeby poszukiwania punktu sprzedaży. Wystarczy zrobić przelew, wpisać w tytule rodzaj, ilość i przeznaczenie biletu oraz termin, w którym odbywamy wycieczkę i mieć przy sobie w telefonie potwierdzenie przelewu. Wygodne, prawda?

Opłaty za bilety nie są wygórowane – bilet jednorazowy na pojedynczą ścieżkę kosztuje 6 zł, ulgowy – 3 zł. Dla grup nie większych niż 6 osób mamy opcję rodzinną za 14 zł. Na dłuższy pobyt polecam bilet trzydniowy lub tygodniowy – wychodzi taniej i nie musimy się martwić, na którą ścieżkę i ile razy wejdziemy.

Muszę się z Wami podzielić także mniej przyjemnymi doświadczeniami z turystami: prawie każdego dnia spotykam ludzi, którzy „cichaczem” wchodzą na ścieżkę i z premedytacją nie płacą za wstęp. Inni mają do nas pretensje, że w ogóle życzymy sobie pieniędzy za udostępnianie Parku… Takich osób jest na szczęście coraz mniej. Zdecydowana większość odwiedzających rozumie konieczność wniesienia opłaty i jest z tego powodu dumna! Kupując bilet, pozwalacie nam lepiej chronić przyrodę i pokazywać to, co w niej jest najcenniejsze.



4. Ułatwienia

Każda ze ścieżek jest wyposażona w ułatwiającą zwiedzanie infrastrukturę: wieże widokowe, kładki, pomosty, zadaszenia i miejsca do rozpalania ognisk – korzystajcie z nich! Są przecież zbudowane specjalnie dla Was, nie dla wygody parkowców. Tylko zostawmy te miejsca w takim stanie, w jakim je zastaliśmy, by ci, którzy przyjdą tam po nas, również mogli miło wypocząć na terenie PPN.

Jak widać, sporo rzeczy możemy załatwić zdalnie: opisy ścieżek, miejsca noclegowe i bilety ogarniemy jednym palcem na ekranie telefonu. Czy warto więc odwiedzić punkty informacji turystycznej? Jak najbardziej! Udzielimy tam dokładnych wskazówek, powiemy, jaka jest aktualna sytuacja na ścieżkach, doradzimy, podpowiemy i rozwiejemy wątpliwości. W punktach informacji można również kupić mapę, przewodniki, publikacje dotyczące Parku oraz pamiątki. Bardzo lubię kontakt z turystami. Pytania, które zadają, można by zawrzeć w „Księdze 1001 pytań i odpowiedzi”. Zawsze staram się odpowiedzieć tak dobrze, jak potrafię. Nie słyszałem nigdy o zaginionym turyście, który wyruszył w trasę według moich zaleceń. Wniosek: albo nigdy nikt się nie zgubił, albo zgubił się tak dobrze, że nikt o nim nie słyszał… Przyjeżdżajcie do Muzeum PPN – tam mnie spotkacie, chętnie pogadam, doradzę i opowiem, co tam na Polesiu słychać…

Właśnie! Muzeum – jak mogłem zapomnieć? Patrząc na statystyki, okazuje się, że Muzeum PPN w Starym Załuczu jest jedną z większych atrakcji Parku. Znajdziemy tu ekspozycje przyrodnicze, historyczne i bardzo ciekawą wystawę etnograficzną. O Muzeum pisałem kiedyś post – znajdziecie go w archiwum. W pobliżu zaczynają się również dwie ścieżki: Żółwik i Spławy. Warto wstąpić i zacząć swoją przygodę z Polesiem właśnie w tym miejscu.



5. FAQ

Teraz kilka częstych i najciekawszych pytań od turystów:

Gdzie zobaczymy żółwie?

– Na ścieżce Żółwik w Starym Załuczu i w Ośrodku Ochrony Żółwia Błotnego w Urszulinie.

Czy ścieżki są płatne?

– Tak, wstęp na ścieżki przyrodnicze: Perehod, Obóz Powstańczy, Dąb Dominik i Spławy jest płatny. Ścieżka dydaktyczna Czahary, ścieżka rowerowa Mietiułka, trasy dla najmłodszych Żółwik i Tropem przyrody są udostępniane bezpłatnie.

Gdzie spotkamy łosia?

– W lesie, na bagnach, czasami na łąkach i polach – często przechodzą też jezdnie. Trzeba jednak mieć szczęście i trochę znać ich zwyczaje. W środku dnia, przy ścieżce pełnej ludzi szanse spadają.

Czy po ścieżkach można jeździć rowerem?

– Po ścieżkach – tak, po kładkach, ze względu bezpieczeństwa – nie: schodzimy i przeprowadzamy rower.

To czapla czy bocian jest symbolem Parku?

– Żuraw, zawsze żuraw.

Gdzieś w Internecie widzieliśmy takie mostki, jakby drewniane, trochę wody, to tutaj?

– Tak, pewnie chodzi Państwu o kładki na ścieżkach, zaraz podpowiem jak tam dotrzeć.

A skąd tutaj tyle komarów?

– Pozostałość po zaborach – tak nas chcieli załatwić.

Czy te laleczki z wystawy można kupić?

– 1000 euro od laleczki i myślę, że się dogadamy.

A te bociany tutaj, to czemu nie odlecą?

– To podopieczni Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt. Jeśli zechcą, mogą odlecieć w każdej chwili, a że im tu dobrze…

Pan zna się trochę na tych ścieżkach?

– Coś kiedyś słyszałem…

Te bukłaczki to z zawartością sprzedajecie?

– Rano jeszcze była zawartość…

Magnesy na lodówkę macie?

– Całe dwie półki! I to nie tylko na lodówkę, świetnie sprawdzają się na innych elementach metalowych, do drewnianych potrzeba jeszcze wkrętów.



Mam nadzieję, że rozjaśniłem trochę problem zwiedzania Poleskiego Parku Narodowego. Jeśli macie jakieś pytania, uwagi czy wskazówki – piszcie śmiało w komentarzach, chętnie odpowiem! Do zobaczenia na trasie! J

piątek, 22 czerwca 2018

Łąki łan


Nie ma jak spacer w piękny, pogodny dzień. Na Polesiu lato w pełni, na polach zakwitły chabry, maki i rumianki – moje ulubione kwiaty. Ulubione, bo polne, a nie sadzone w doniczkach i na rabatach. Jednak widać ich obecnie znacznie mniej w porównaniu z ubiegłymi latami. Sami jesteśmy sobie winni, stosując opryski przeciw chwastom. Oprysk nie ma przecież pojęcia, że chwast zmieni się w piękny kwiat, który będzie cieszył oko i ducha, a przede wszystkim pszczoły.


Ile warte są pszczoły? Ciężko przeliczyć ich wartość na złotówki. Nie możemy przecież sprzedawać ich mięsa na kilogramy, nie możemy z ich skór produkować modnych kurtek czy butów. Czyżby więc pojedyncza pszczoła nie była nic warta? Pszczoły są bezcenne! Każdy z nas czerpie korzyści z ich obecności. Te pracowite owady nie są wyłącznie producentami miodu i innych dobrodziejstw, wykorzystywanych przez ludzi od wieków. Żeby powiedzieć o wszystkich prozdrowotnych właściwościach miodu, pyłku, mleczka pszczelego czy propolisu, trzeba by napisać kilka różnych postów. Najważniejszą rolą pszczół, z punktu widzenia człowieka (bez względu na to, czy lubi miód, czy nie), jest zapylanie roślin. Aż 90 procent znanych nam owoców może cieszyć nasze kubki smakowe właśnie dzięki pszczołom. Uwaga, teraz będzie rubasznie: aby powstał owoc, potrzebny jest zapylacz, który przenosi pyłek z pręcików jednego kwiatu na znamię słupka innego. Tak, fruwając z kwiatka na kwiatek, dzielna pszczoła bierze aktywny udział w rozmnażaniu roślin przez zapylenie (Opis można wykorzystać w edukacji młodzieży – jest dopuszczony przez Ministerstwo Edukacji Narodowej i Ministerstwo Obrony Narodowej). Gdyby nie ich całodzienna praca, nie mielibyśmy czego jeść.


O roli pszczół w przyrodzie i gospodarce człowieka można by pisać naprawdę długo – to niezwykłe zwierzęta. W obronie ula są gotowe poświęcić własne życie. Podczas jednego kursu po nektar pszczoła odwiedza od 50 do 100 kwiatów, a żeby wyprodukować kilogram miodu, trzeba usiąść na ponad 6 milionach kwiatów i przelecieć przy tym niemal 300 000 kilometrów! Informacje na temat miejsc, w których można zebrać duże ilości nektaru, pszczoły przekazują sobie za pomocą… tańca! Porozumiewają się ze sobą także za pomocą dźwięków, a nie bez znaczenia jest także udział feromonów. To tylko niewielka część tego, co potrafią i skrywają przed nami pszczoły. Chociaż jednak są na Ziemi znaczniej dłużej od nas, a miód wytwarzają w niezmienny sposób od 150 milionów lat, zaczynają cierpieć z naszego powodu.


Od lat badacze opisują tzw. wielkie wymieranie pszczół, doszukując się przyczyn głównie w stosowaniu pestycydów. Nie chcę wchodzić w polemikę, bo jak zwykle znajdą się artykuły, opisujące to zjawisko z jednej i drugiej strony. Niech do myślenia da nam jednak fakt, że niektóre uprawy ludzie muszą zapylać już ręcznie – za pomocą specjalnych pędzelków czy dronów. Otaczający nas krajobraz ulega ciągłym przemianom, pszczołom zwyczajnie brakuje miejsca do życia. Co możemy zrobić, aby pomóc tym pożytecznym owadom?


W Poleskim Parku Narodowym działają dwa projekty, wspierające dziko żyjące owady zapylające. W ramach tych projektów na terenie Parku umiejscowiono 20 domków dla zapylaczy oraz powieszono 10 kłód bartnych. Domki są zasiedlone głównie przez murarki ogrodowe – pszczoły samotnice. Nie pozyskuje się od nich miodu, ale pszczoły te nie są w stanie użądlić (coś za coś). Barcie powieszono z myślą o dziko żyjących pszczołach miodnych. Umieszczono je na skraju lasów, bo pszczoły również tam pełnią bardzo ważną i pożyteczną funkcję.


Pszczele barcie w PPN. Fot. J. Szymański 
No dobrze, to zrobił Poleski Park Narodowy i chwała mu za to. Co jednak mogę zrobić ja? – to pytanie od dłuższego czasu nie dawało mi spokoju. Genialne rozwiązania biorą się najczęściej z lenistwa. Od lat jestem użytkownikiem dość sporego trawnika, który trzeba regularnie kosić, żeby wyglądał przyzwoicie. Zajęcie oczywiście bardzo przyjemne (zwłaszcza gdy w lodówce chłodzi się nagroda), zabiera jednak sporo czasu, którego – jak wszystkim – mnie również brakuje. Już dwa lata temu zostawiłem kawałek niekoszonych chabazi, by po pierwsze – mieć mniej „hektarów” do oblatania, po drugie – urozmaicić trochę krajobraz wokół chatki, po trzecie, najważniejsze – dać pożytek zapylaczom. Pomysł udał się połowicznie. Faktycznie, miałem mniej koszenia, ale mało było w niekoszonej części kwiatów. Postanowiłem pójść o krok dalej.


Na początku tegorocznego sezonu ogródkowego wziąłem się do ciężkiej pracy. Przygotowałem grunt z pomocą ogrodnika Macieja (którego chciałbym serdecznie pozdrowić), zglebogryzowałem podłoże z dodatkiem bardziej żyznej gleby, bo jak mówi przysłowie: [Na Polesiu] piaski, laski i karaski. Przez Internet (tak, mam Internet w chatce) zamówiłem specjalną mieszankę nasion roślin jedno- i wieloletnich. Trochę zaniepokoiło mnie, że są wśród nich gatunki obce, ale z opisu na stronie dowiedziałem się, że nie mają cech gatunków inwazyjnych. Kiedy przesyłka wreszcie do mnie dotarła, niczym Boryna z „Chłopów” zakasałem rękaw u koszul i ano bieżyłem posiać łąkę jak potrza!


Smutno było patrzeć na goły plac ziemi, kiedy wokół pojawiały się pierwsze wiosenne kwiaty, łąka potrzebowała czasu, a przede wszystkim deszczu. Opadów brakuje nawet dziś, postanowiłem więc po upalnych dniach podlewać swoje poletko.  W czerwcu trud został wreszcie nagrodzony – pojawił się pierwszy, żółty kwiat! Później poszło już lawinowo. A tak łąka prezentowała się parę dni temu.







Kawałek łąki stał się rajem dla motyli, trzmieli i pszczół. Pewnego wieczoru odwiedził mnie nawet fruczak gołąbek! To taki zawisak, udający kolibra, ale ja nie dałem się nabrać. Zdjęcie wykonała przyszła współwłaścicielka łąki – Patrycja. W planach mam jeszcze własnoręcznie przygotowanie domku dla zapylaczy, nie zdążyłem jednak przed napisaniem posta, dlatego efekty zobaczycie pewnie niedługo na Facebooku.


Łąka zrobiła także wrażenie na moich rodzicach: Mamie, która jest dla mnie niedoścignionym wzorem, jeśli chodzi o aranżację i pielęgnację ogrodów oraz Tacie, pszczelarzu pasjonacie z prawie trzydziestoletnim stażem. Tak bardzo spodobała im się moja łączka, że w przyszłym roku planują zrobić podobną w pobliżu swojej leśniczówki i pasieki.


Na koniec anegdotka: dwa tygodnie temu w Warszawie zaczepił mnie działacz jednej z popularnych organizacji „ekologicznych”.
– Chcesz pomóc pszczołom? – zapytał.
– Jasne, już to robię! W czym mogę wam pomóc?
– Przelej nam środki na konto, bo dzięki naszym staraniom udało się już postawić dziewięć hoteli dla zapylaczy w Warszawie.
– Ile? – ręce mi opadły…
– No, dziewięć… 
Dyskusja trwała długo, ale sprowadzała się do wyuczonych frazesów i do zachęty ustawienia polecenia stałego przelewu na konto organizacji.


Słuchajcie, nie dajcie się wmanewrować w podobne darowizny. Sami możecie zrobić znacznie więcej i to o wiele mniejszym kosztem: posiejcie łąkę, zbudujcie domek. Nie macie ogródka? Posiejcie kwiaty na balkonie, nie używajcie mocnych urządzeń wkładanych do kontaktu przeciwko muchom i komarom. Wszyscy na tym skorzystamy. Pamiętajmy o ogrodach, przecież stamtąd przyszliśmy.