piątek, 23 grudnia 2016

Idą święta... czyli o rozpalaniu domowego ogniska



Coraz bardziej podoba mi się uczucie, które pojawia się we mnie, kiedy otwieram pusty dokument w Wordzie i zaczynam pisać. Moim postanowieniem noworocznym będzie właśnie częstsze udzielanie się w blogosferze. Na Polesiu nietrudno w końcu o ciekawe przygody, więc i poczytne tematy. Tym razem, ze względu na "rodzinny charakter Świąt" tekst w zimowo-bajkowej konwencji.

Dawno, dawno temu (dokładnie dwa i pół tygodnia temu) za siedmioma jeziorami, za siedmioma torfowiskami, za siedmioma ścieżkami dydaktycznymi w leśnej chatce mieszkał sobie Parkowiec. Żył sobie spokojnie na skraju lasu, z dala od miast i spraw wielkich ludzi. Gdy nadeszła zima stulecia (kto wie: może tegoroczne dwa tygodnie śniegu to największe opady w tym stuleciu?), Parkowiec musiał zadbać o własny byt i rozpalić prawdziwe domowe ognisko.

Żywot poleskiego człowieka poczciwego związany jest bowiem z tą, która nieuchronna, z tą, która przychodzi niezapowiedzianie, z tą, która zawsze zaskakuje drogowców – z zimą. Zima na Polesiu zawsze nadchodzi i znana z książek czy serialu dewiza Winter is coming mogłaby tu skutecznie funkcjonować jako oficjalne przywitanie. Na czym więc polega fenomen nadchodzącej zimy?

Dla Poleszuków przygotowania do zimy są swoistym rytuałem. Kiedy jeszcze nie zdąży pojawić się pierwszy przebiśnieg, u leśniczego sypią się już zamówienia na trzy metry brzozy „na zimę” . Zapobiegliwość Poleszuków może się wydawać miastowym dziwna. Żeby jednak drewno było zimą suche, najlepiej porąbać je w marcu. Ciepły i silny marcowy wiatr jest idealny, żeby wysuszyć surowe drewno. Przez resztę wiosny i lata układa się je na słońcu i stopniowo przenosi na zimę do drewutni. Zaradni Poleszucy sezonują drewno – drwa przygotowane w danym roku lądują na palenisku dopiero w kolejnym sezonie grzewczym. 
 
Domowe ognisko miało dla mieszkańców Polesia szczególne znaczenie. Ogień dawał poczucie bezpieczeństwa, przygotowywano przy jego pomocy pożywienie, a przede wszystkim ogrzewał mieszkańców drewnianych chat i cieszył ich ciepłem nawet w najbardziej mroźne dni. Ognia nigdy nie gaszono wodą! Jeśli pojawiała się potrzeba wygaszenia paleniska, używano w tym celu popiołu. Uśpiony w ten sposób żar budził się zaraz po dodaniu brzozowej kory, a kilka iskier błyskawicznie wywoływało tańczące języki ognia, które rozgrzewały „płytę indukcyjną” tamtych czasów. A placki prosto z takiej płyty… Niech żałują ci, którzy nie próbowali! 



Ciężkie potrafiły być poleskie zimy. Na pozbawionej drzew mozaice łąk i bagien wiatr potrafił rozpędzić się do niewyobrażalnych prędkości, wywołując swym wyciem najstraszniejsze skojarzenia. Ziemia poleska, pozbawiona i tak dróg szybkiego ruchu, zimową porą była szczególnie niedostępna. Poleszucy tworzyli jednak znane sobie ścieżki przez zamarznięte mokradła. Mroźna część roku szczególnie cieszyła dzieci, które mogły wreszcie szusować na łyżwach doczepianych do trzewików. 

Chociaż obraz srogich zim poleskich znam tylko z opowiadań czy literatury, jest bardzo bliski mojemu sercu. Zawsze, kiedy dokładam drwa do ognia, mam w pamięci szacunek, którym ogień niegdyś darzono. Dawne czasy nie do końca odeszły w zapomnienie, a Poleszucy nadal gromadzą nieraz ogromne zapasy drewna na zimę. Nawet gdy zima miałaby nie przyjść, to zapas drewna (najlepiej na trzy zimy do przodu) musi być!

Na zakończenie bajki o drewnie i ogniu chciałbym złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia! Spokoju, odpoczynku, spotkań w rodzinnym gronie i jakże potrzebnego nam ciepła! W wigilijny wieczór szczególnie pamiętajcie o tych, którym ciężko jest o domowe ognisko. Wesołych Świąt! 





 Zdjęcia: 
"Zuza poprawiająca makijaż" oraz "Nowy zaprzęg" - Sławomir Wróbel
"Żółw Rudolf" i  "Pójdźkowy Mikołaj" - Marek Tokarzewski   
 
PS Grafiki nie mają nic wspólnego z tekstem. Przed użyciem zapoznaj się z treścią powyższego wpisu bądź skonsultuj się z Parkowcem i jego farmaceutą.

piątek, 2 grudnia 2016

Nadchodzą Kryminaliści



Uff, co za ulga! Znalazłem w końcu chwilę spokoju, żeby opisać, co ostatnio działo się u Parkowca. Sam pomysł na temat tekstu pojawił się w mojej głowie już dawno temu, brakowało jednak ciągle czasu, żeby o tym przystępnie napisać. A gdy czas się wreszcie znalazł – poczułem dużą radość z samego pisania. Naprawdę mnie to wciągnęło i szczerze polecam taką formę ekspresji.



Tyle słowem wstępu, czas na główny temat listopadowego (chociaż pewnie pojawi się na blogu z początkiem grudnia) tekstu, czyli Młodzieżowy Wolontariat w Parkach Narodowych. Jakiś czas temu Pani Dyrektor poprosiła, żebym z ramienia Poleskiego Parku Narodowego został opiekunem grupy młodzieży z Urszulina, biorącej udział w pewnym przedsięwzięciu. Projekt miał na celu przybliżyć młodzieży z okolic Poleskiego i Kampinoskiego Parku Narodowego, jak wygląda wolontariat w parkach narodowych, a jego koordynatorem była Paulina ze Stowarzyszenia „Cztery Krajobrazy” w Kampinosie. Chciałbym ją serdecznie pozdrowić i mocno pochwalić za wykonanie kawału porządnej roboty! 

Pierwsze spotkanie w ramach projektu odbyło się w Kampinosie. Spotkaliśmy się z kampinoską młodzieżą i wspólnie spędzaliśmy czas. Obie grupy – urszulińska i kampinoska zasługują na pochwałę, bo bez większych przeszkód się zintegrowały i potrafiły współdziałać. Nie udałoby się to jednak bez pomocy trenerów Agnieszki i Tomka, którzy niestrudzenie motywowali młodzież do dalszej pracy.


Następnie – podczas wizyty w dyrekcji parku mogliśmy dowiedzieć się, jak wygląda tu praca wolontariusza. Jednym z ciekawszych elementów pobytu było wyzwanie, przed którym stanęła młodzież. Każde z gimnazjalistów, w drodze losowania, otrzymało zadanie. Była to symulacja załatwienia różnych parkowych procedur urzędowych, np. uzyskanie zgody na fotografowanie, umieszczenie informacji na stronie internetowej, wykupienie miejsca na ognisko, itd. Ciekawie było obserwować zetknięcie się gimnazjalistów z machiną urzędniczą ze świata dorosłych. Szczęśliwie wszystkim udało się załatwić sprawę do końca lub przynajmniej dowiedzieć się, w jaki sposób i gdzie można to zrobić. Chciałbym więc pogratulować wszystkim kolegom i koleżankom z KPN za cierpliwości i wyrozumiałość – sama młodzież była zdania, że mili pracownicy Parku bardzo im pomogli.

Kolejne spotkanie odbyło się w Urszulinie. Tutaj nie było już absolutnie żadnych problemów z integracją młodzieży, wszyscy dogadywali się ze sobą jak starzy znajomi. Również w Urszulinie śmiałkowie mieli szansę na podjęcie ciekawych wyzwań. Najpierw gimnazjaliści wyruszyli z zadaniem przeprowadzenia sondy ulicznej wśród mieszkańców gminy, dotyczącej zasadności wolontariatu w parkach narodowych. Chociaż niektóre odpowiedzi okazały się naprawdę zaskakujące, wszyscy odpowiadający byli zgodni, że wolontariusze mogliby się jednak przydać. Kolejnym interesującym elementem spotkania w Urszulinie była debata. Uczestnicy zostali podzieleni na zwolenników i przeciwników idei wolontariatu w parkach narodowych, a ich zadaniem było znalezienie merytorycznych argumentów, które miały przekonać sędziów. Młode umysły potrafią zadziwić. Zachwycił mnie nie tylko bardzo wysoki poziom debaty, ale i fantastyczne poczucie humoru uczestników. Koledzy Gabryś i Filip śmiało mogliby odnieść sukces na scenie kabaretowej, ponieważ swoimi wystąpieniami doprowadzili nas wszystkich do łez (ze śmiechu oczywiście).



Od wizyty w Urszulinie minęło już trochę czasu, a ja nadal z uśmiechem wspominam to spotkanie. Wybrałem się dlatego z moimi „Kryminalistami”, „Gimbazą” czy „Gwiazdeczkami” (jak zwykłem nazywać zaprzyjaźnioną młodzież) na weekendowe warsztaty do parku rekreacyjnego „Zoom Natury”. Udało się tu nie tylko w ciekawy sposób spędzić czas, ale i dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy, np., że Pan Marek T. jest stanowczo za stary na szaleństwa w parku linowym… Tutaj również wielkie podziękowania i gratulacje dla ekipy „Zoom Natury” za przygotowanie i obsługę warsztatów.

 
Przed nami jeszcze jeden wyjazd i masa pracy, służącej jak najlepszemu poznaniu przez młodzież idei i zasad wolontariatu w parkach narodowych. 

Chciałbym się z Wami podzielić jeszcze refleksją, dotyczącą pracy z młodzieżą. Jest po prostu cudowna! Spodziewam się, że ktoś mógł się w tym momencie złapać za głowę, ponieważ gimnazjaliści bywają postrzegani jako samo zło. Prawda jest jednak taka, że ci młodzi ludzie, podobnie jak my, mają swoje upodobania, pasje czy humory, a najlepszym sposobem, żeby do nich dotrzeć, jest po prostu szczerość. Nie kupią ściemy, nie przekona ich sztuczna stanowczość, realizowana formułą: „Nie, bo… nie!”, a normalna rozmowa i rzeczowe argumenty – jak najbardziej. Przez ten czas bardzo polubiłem swoich „Kryminalistów” i mam nadzieje, że wyrosną z nich fantastyczni wolontariusze, bo fantastycznymi ludźmi już są!


wtorek, 11 października 2016

Lejno el sol



A teraz usiądźcie (gdybyście nie siedzieli), zamknijcie oczy (trudno czytać z zamkniętymi, ale spróbujcie) i przez chwilę skupcie myśli wokół jednego miejsca – szczególnie dla Was ważnego, za którym tęsknicie. Ja o takim pomyślałem i zapraszam Was dziś do „mojego” najlepszego miejsca na świecie. Zapraszam do Lejna. 

Lejno to moja rodzinna miejscowość. Może się tutaj nie urodziłem i nie wychowałem, ale zawsze myślę o Lejnie w taki właśnie sposób. Stąd pochodzi mój Tato, tutaj postawiliśmy dom, w którym mieszkam i wreszcie – to tu zakochałem się po same uszy… 

Lejno leży na zachód od Poleskiego Parku Narodowego, konkretnie kilometr od jego granicy. Miejsce, w którym stoi moja chatka, leży na terenie Parku Krajobrazowego, otuliny Parku Narodowego, w bezpośrednim sąsiedztwie planowanego rezerwatu „Lejno”. Jestem więc skazany na ciągłe obcowanie z przyrodą!

I całe szczęście. Brakuje mi ostatnio czasu na dłuższe piesze czy rowerowe wycieczki po Parku, ale po Lejnie spaceruję codziennie. Zawdzięczam to głównie mojej ukochanej suczce Frei, z którą, niestrudzenie, każdego dnia przemierzamy poleskie bezdroża. 

Nieopodal chatki znajdują się malownicze torfianki. Tym, którzy torfiankę wzięli za wegańską potrawę z humusu i wodorostów, wyjaśniam: chodzi o niewielkie oczko wodne, powstałe w miejscu wyrobiska torfu. Torf był tutaj jeszcze niedawno głównym materiałem opałowym. Za pomocą specjalnych narzędzi wydobywano jego pokłady, cięto je na mniejsze kostki i suszono. W miejscach pobrania szybko pojawiała się woda – tak powstały niezwykle malownicze zbiorniki wodne, które okazują się idealnym schronieniem dla wielu gatunków zwierząt. Torfianki bywają jednak zdradliwe. Często na ich powierzchni może pojawić się spleja, czyli kożuch roślinności, utworzony głównie z mchów torfowców. Gdy taki kożuszek całkowicie zakryje powierzchnię torfianki, staje się ona praktycznie niezauważalna, a przez to bardzo niebezpieczna. 


Jedna z pierwszych torfianek w okolicy Lejna jest już pięknym skrawkiem bagna, porośniętego bujną roślinnością. Ściąga regularnie stałych bywalców mokradeł – łosie.
Właśnie w Lejnie po raz pierwszy udało mi się zrobić w miarę ostre zdjęcie łosia, w zasadzie dwóch: mamy – klępy i dzieciątka – łoszaka. Wydarzyło się to w czasie spaceru z psem, niecały kilometr od domu. Zdarzało się zresztą, że łosie podchodziły znacznie bliżej obejścia, ale o tym przeczytacie innym razem… Lejno to niezwykle bogaty przyrodniczo teren. W żadnym innym miejscu nie miałem nigdy sposobności, żeby zobaczyć taniec żurawi. W Lejnie wystarczył jeden spacer!

Na mojej działce obserwowałem pierwszy raz uszatki, szczygły czy srokosze. A mniej więcej trzy lata temu tuż pod lasem nieopodal chatki widziałem wilka. Zdaję sobie sprawę, że opis, który Wam serwuję, przypomina może trochę ten z sagi rodu Bohatyrowiczów, którzy okiełznali puszcze i żyli w zgodzie z leśnymi stworzeniami. Chociaż sarny jeszcze nie jedzą mi z ręki, to i tak żyję prawie jak w bajce.

Muszę wspomnieć o magicznych porankach w Lejnie. Przed domem mam fantastyczny widok na łąki i pola. Ogromna przestrzeń bardzo często wita mnie bezkresem porannych mgieł. Rano piję kawę na tarasie, patrząc na morze mgły… A może faktycznie żyję w bajce? Przed prowadzonymi tutaj pracami melioracyjnymi sąsiadujące łąki były o wiele bardziej „uwodnione”. Mój Tato w dzieciństwie szalał po całej tej przestrzeni zimą na łyżwach, doczepianych do trzewików. Z kolei Dziadek opowiadał, że do Jeziora Łukie i Starego Załucza pływał z domu czółnem. Pięknie musiało być wtedy w Lejnie, choć i dziś niczego mu nie brakuje.


Miał być krótki, treściwy wpis, a powstała już chyba powieść o walorach przyrodniczych Lejna… Ale o kilku rzeczach muszę Wam jeszcze opowiedzieć. Wspomniałem wcześniej o projektowanym rezerwacie „Lejno”. Obszar rezerwatu został zaplanowany na terenie dawnego jeziora o pięknej nazwie… Lejno. Jezioro zostało osuszone przez dziedzica Liniewskiego i od tamtej pory nigdy nie napełniło się ponownie wodą. W miejscu jeziora powstało piękne torfowisko! Tylko nieliczni wiedzą, którędy można dostać się do jego centrum. Niedostępność tego miejsca zwiększa dodatkowo porastający dookoła ols kępkowo-dolinowy. I bardzo dobrze! Na samym środku jeziora noc spędzają żurawie, a ich głos słyszany jest nawet z chatki. Sam nigdy się tam nie zagłębiam bez powodu, żeby nie skazić swoją obecnością tego „matecznika”. 

Skoro pojawił się temat nocy – niejedną spędziłem w Lejnie z zadartą głową, wpatrzoną w niebo. Jeśli spojrzeć na mapy czystości nieba, okazuje się, że Lejno to idealne miejsce dla miłośników ciał niebieskich. W pobliżu nie ma żadnych ośrodków miejskich, nie ma nawet latarni, które mogłyby tworzyć łunę. W ciepłą noc potrafię godzinami patrzeć w gwiazdy. Mały Wóz, Wielki Wóz, Droga Mleczna czy Perseidy – miliardy ciał niebieskich, widocznych gołym okiem. Raz zdarzyło mi się tu nawet obserwować zorzę polarną! Nie były to zielone pasy, znane każdemu ze zdjęć podbiegunowych, ale świetliste pasy mieniące się na północnej części nieba. Kosmos!



Na koniec rozwiązanie największej tajemnicy tego wpisu: tak, zakochałem się i to po same uszy. Zakochałem się w Lejnie, w Polesiu, w tym skrawku ziemi… Bo jak go nie kochać?

Jedna ze starszych torfianek która postanowiła zostać bagnem, zdjęcie nie zmieściło się tam gdzie miało być, więc jest tu :)