sobota, 19 marca 2016

O poszukiwaczach wiosny, tańcu i łosiu

Dawno, oj dawno nic nie pisał Parkowiec na swoim blogu. „Nieładnie, minus!”, cytując koleżankę z pracy – Agatę. Przyznaję jednak bez bicia, że jak zwykle brakowało mi ostatnio czasu, by siąść przed laptopem i opisać to, co się wokół dzieje. A działo się naprawdę dużo. Wszystko zaczęło się gdzieś w połowie lutego, kiedy zadzwonił do mnie redaktor z Dziennika Wschodniego z pytaniem: „Panie Marku, czy widać już wiosnę?”. Zbaraniałem, bo jak można w połowie lutego pytać o takie rzeczy? Faktycznie, dobra aura jest w stanie wymusić na przyrodzie pierwsze sygnały o przebudzeniu i rzeczywiście: nabrzmiały pąki na drzewach i krzewach, rozwinęły się kotki lub – jak kto woli – bazie, jednak do prawdziwej wiosny jeszcze daleko. To przynajmniej próbowałem dać do zrozumienia w swojej odpowiedzi. Jednak chwytliwy temat został opracowany lekko sensacyjnie i ukazał się pod tytułem Wiosenne przebudzenie. Dwa dni później zjawiła się więc u nas ekipa telewizyjna, chcąca nakręcić wiosennego newsa. Luty to jednak luty, a w dniu realizacji materiału zaczęło sypać śniegiem i to całkiem nieźle. Kamera jednak była już na miejscu i zdjęcia musiały powstać akurat tego dnia. No cóż… Mnie spotkało „szczęście” opowiedzenia o feriach zimowych, które miały się wkrótce rozpocząć. Mam nadzieję, że materiał przepadł już w internetach i szybko nie wypłynie, bo lepiej wypadam chyba pisząc na laptopie niż mówiąc do kamery.

Skoro wspomniałem już o feriach, to teraz parę słów o tegorocznej „Zimie w Parku”. Jak co roku odwiedziła nas rekordowa liczba dzieci, co cieszy mnie niezmiernie (serio!). W tym roku skupiliśmy się na lesie i jego mieszkańcach. Dzieci przez 5 dni mogły dowiedzieć się w formie zabawy o bobrach, wilkach czy sowach. Niemałą frajdę sprawiła nam wszystkim nauka „Bober dance”, czyli takiej poleskiej makareny. Jeśli ktoś planuje trening kondycyjny, to  polecam serdecznie zakupienie takiego stroju i dwudziestominutowy taniec z osiemdziesięciorgiem dzieci… Każda siłownia wymięka.
Parkowiec w bobrzej skórze fot. A. Panasiuk

Skończyły się ferie, skończył się luty, a marzec to, jakby nie patrzeć, pierwszy wiosenny miesiąc. Parkowiec z utęsknieniem więc wypatrywał już na niebie symbolu Poleskiego Parku Narodowego – żurawi. Ktoś coś słyszał, gdzieś widziano, ktoś mówi, że są, ale gdzie? Byłem takim niewiernym Tomaszem, bo chciałem je koniecznie zobaczyć na własne oczy. Poszukiwania spełzły jednak na niczym. Ale pewnego słonecznego popołudnia, już po powrocie do chatki, usłyszałem znajomy głos – pełen radości i nadziei – klangor. Żurawie wybrały na swoje terytorium łąki naprzeciw mojej posesji i głośno to oznajmiały. Ach! Piękny śpiew. Jednak to, co miałem zobaczyć okazało się jeszcze piękniejsze! Wyskoczyłem zaraz z chatki, wziąłem lornetkę i ujrzałem najpiękniejsze do tej pory zjawisko – taniec żurawi. Pierwszy raz miałem przyjemność na żywo obserwować to przyrodniczo-taneczne show. Samiec rozpościera kolejno jedno i drugie skrzydło, otula nimi samicę i krąży wokół niej. Pręży się, prezentując swoją siłę i grację. Po kilku minutach popisu samca, samica w geście przychylności kłania się partnerowi. Ten, nie czekając długo, przystępuje do miłosnego aktu. To nie trwa już zbyt długo, jednak gdy po wszystkim szyje partnerów praktycznie splatają się ze sobą, to zaczyna aż brakować tchu obserwatorowi (wiem co mówię). Nie chciałem im w tym jakże pięknym i ważnym momencie przeszkadzać, więc całość obserwowałem z daleka. Motywuje mnie to też bardziej do zmiany aparatu na porządniejszy, żeby uchwycić w przyszłości chociaż część tego piękna. Dziś jednak będziecie mieli okazję zobaczyć to widowisko, ponieważ mój mentor – Sławek Wróbel miał szczęście i możliwości uchwycenia tańcu i miłości żurawi na zdjęciach.
 
Popis przed partnerką fot. S. Wróbel
Miłosny akt fot. S. Wróbel
Miłość... fot. S. Wróbel



Teraz praktycznie codziennie budzi mnie żurawi klangor, a obecność tych ptaków podczas spacerów stała się wręcz naturalna. Aż ciężko wyobrazić sobie ten skrawek ziemi bez nich.

Na koniec o kolejnym ciekawym spotkaniu sprzed kilku dni. Tym razem już nie w okolicach chatki Parkowca, ale nie na tyle daleko, żeby je przemilczeć. Wracając samochodem do domu, zauważyłem ruch za młodymi sosnami, rosnącymi na dawnym pastwisku. Zatrzymałem samochód, aby sprawdzić, co tam piszczy... Przeczucie mnie nie zawiodło – za sosenką chował się łoś. Podjechałem trochę bliżej polną dróżką, żeby lepiej przypatrzeć się stworzeniu. Okazało się, że to nie łoś, a łosie! Dwa ogromne stwory – prosto z bagien – wybrały się na spacer po pastwisku w środku dnia. Przyglądały mi się z uwagą, ale zostałem w samochodzie, by ich nie płoszyć. Zwierzęta bowiem bardzo dobrze potrafią rozpoznać ludzką sylwetkę, co powoduje u nich instynktowny impuls do ucieczki. I tak przez dobre 15 minut łosie obserwowały mnie, a ja przez szybę samochodu – je. W końcu stwierdziły, że ani ja, ani mój samochód nie jesteśmy warci uwagi i spokojnie poszły dalej, swoimi łosimi ścieżkami.
Bliskie spotkanie fot. S. Wróbel

A już na sam koniec, korzystając z okazji, chciałbym zaprosić Was wszystkich do odwiedzenia Poleskiego Parku Narodowego. Może i Wam uda się coś ciekawego zobaczyć? A nawet jeśli nie, szczęściu zawsze można pomóc! Od kwietnia rusza działalność naszego Ośrodka Dydaktyczno-Muzealnego w Starym Załuczu, a tam będzie czekał na Was Parkowiec z codzienną poleską gawędą. Do zobaczenia! :)