poniedziałek, 27 czerwca 2016

Dokąd nocą chodzi żółw i zagadka zaginionego Parkowca

Dawno, dawno temu gdzieś na Polesiu młody Parkowiec napisał tekst o pracy w muzeum i słuch o nim zaginął… Nie było go w Internecie, na blogu cisza. Ba! Nawet w chatce nie można było go zastać. Co więc stało się z naszym bajkopisarzem (jak zwykli mnie niektórzy określać)? Młody Parkowiec polował na żółwie, a konkretnie na żółwice. 
Kwitnące kosaćce 

Przełom maja i czerwca to niezwykły czas dla tych „skoruponośnych” stworzeń. Gdy tylko zakwitną kosaćce, samice opuszczają błotno-wodne mieszkania i wyruszają na lęgowisko, by dać początek nowemu pokoleniu. Żółwice są bardzo wybredne, jeśli chodzi o wybór miejsca do złożenia jaj. A to dlatego, żeby zapewnić potomstwu jak najlepsze warunki do startu. Lęgowisko, na którym „polowałem” na żółwice to wyraźne, piaszczyste wzniesienie. Podobno od zawsze składały tam jaja, jednak nie miały do tej pory sukcesów związanych z przychówkiem. Miejsce lęgowe znajduje się kilka dobrych kilometrów od granic Poleskiego Parku Narodowego i jaja w złożach były co roku niszczone przez drapieżniki. Dopiero w tamtym roku dobra znajoma zadzwoniła do mnie z pytaniem: „Marek, żółw chodzi mi po podwórku. Co mam robić?”. Wytłumaczyłem, że to prawdopodobnie samica, która składa jaja, więc jeśli ma pod ręką kawałek siatki, dobrze gdyby przysłoniła gniazdo, kiedy żółwica się oddali. Koleżanka postąpiła zgodnie ze wskazówkami, okazało się jednak, że to nie jedna zbłąkana samica, ale dziewięć różnych, które kolejno przychodziły złożyć w to miejsce jaja! Udało się wtedy zabezpieczyć wszystkie gniazda i po raz pierwszy od długiego czasu wykluły się w tym miejscu młode żółwie. 
Zabezpieczone gniazdo


W tym roku obserwacje i zabezpieczenie gniazd wziąłem na siebie. Wyposażyłem się w odpowiedni ekwipunek i od 20 maja każde popołudnie spędzałem na żółwiowisku. Przez pierwsze kilka dni nic się nie działo: cisza i totalny spokój, a poza tysiącami (tak, tysiącami!) komarów nie miałem żadnych towarzyszy – na pewno żadnych w skorupie. Aż pewnej upalnej niedzieli, mniej więcej koło 19:00 pojawiła się Samica A – „Arwena” (oznaczenia i imiona to już moja poleska fantazja). Arwena spacerowała środkiem piaszczystej drogi, przebiegającej przez środek lęgowiska i szukała odpowiedniego miejsca. Obserwowałem ją z pewnej odległości przez lornetkę, żeby nie wystraszyć pierwszej w tym sezonie żółwicy. Dopiero po ponad godzinie, gdy znalazła już miejsce i zaczęła kopać, zdecydowałem się podejść trochę bliżej. Dołek, który powstaje pod żółwimi łapami, kształtem przypomina gruszkę. To duża komora ze zwężonym wejściem, do którego samica składa jaja. Jest w trakcie tej czynności bardzo dokładna, nie żałuje czasu i sił. Każde jajo ostrożnie umieszcza na swoim miejscu w komorze, pomagając sobie przy tym łapką. Po upływie półtorej godziny wydawało mi się, że już po wszystkim. Jaja zostały złożone, pozostało tylko zakopać gniazdo. Ale teraz dopiero zaczęła się impreza… Arwena wyciągnęła swoje tylne łapy i zaczęła zgarniać ziemię, którą wcześniej wykopała. Później złożyła łapki w piąstki (w piąstki!) i wspierając się na przednich łapach, zaczęła tymi żółwimi pięściami udeptywać ziemię. Ten widok zostanie ze mną do końca życia! Ci, którzy myśleli, że na udeptaniu się skończy, podobnie jak ja w tamtej chwili, są w błędzie. Dla lepszej ochrony przed drapieżnikami żółwica maskuje jeszcze gniazdo. Wyrywa pazurami rośliny rosnące w okolicy i przesadza je w miejsce, które chce ukryć! Uważam, że nasze siły zbrojne mogłyby się uczyć sztuki maskowania od żółwic, bo są w tym absolutnymi mistrzyniami! Po kolejnym półtorej godziny tak dobrze zamaskowała gniazdo, że sam miałbym problem z jego odnalezieniem. Na zakończenie pozostał jeszcze ostatni rytuał, czyli wylanie na gniazdo wody z otworu kloacznego. Dopiero wtedy żółwica mogła spokojnie odejść – takie przynajmniej miała plany… Jednak wtedy wkroczyłem ja! Jednym ruchem przysłoniłem gniazdo siatką, kolejnym pochwyciłem samicę. Po złożeniu jaj, udeptywaniu ziemi i przesadzaniu roślin wydawała się mocno znużona i wydawało mi się, że zaczyna jej brakować sił. Gdy tylko podniosłem ją do góry, natychmiast odżyła i nie pozwalała się zbadać. Ale co to za badania… Prawie jak te, okresowe w wieku szkolnym: mierzenie, ważenie i szukanie znaków szczególnych. Wszystko po to, żeby zyskać trochę wiedzy odnośnie populacji, żyjącej w tym konkretnym miejscu. Po pomiarach i oznakowaniu zwróciłem Arwenie wolność, a ta odwróciła się na pięcie i podążyła żółwim szlakiem do wody. 
Arwena składająca jaja

A Parkowiec? Cóż, spakował swoje graty i około północy wrócił do chatki. Zgadnijcie, co mi się wtedy śniło? :)

Samica Calinka
Następne dni to powtórka z rozrywki, ale tylko teoretycznie, bo każdy dzień był tak naprawdę inny. Bywało, że nie widziałem nawet jednej żółwicy, a kolejnego dnia pojawiały się trzy. Czasami chodziły tylko przez kilka godzin, żeby ostatecznie zrezygnować z pomysłu składania jaj i powrócić do niego innym razem. Najlepsza była samica G – „Grażyna”. Oj, ta to mi dała popalić… Pojawiała się przez trzy kolejne dni, chodząc przez kilka godzin w poszukiwaniu miejsca i idealnych warunków, aż w końcu zniosła się któregoś razu w czasie deszczu na środku pola (to się nawet filozofom nie śniło). To właśnie Grażyna odwiedziła mnie pod samymi drzwiami samochodu – pewnie zwabił ją jego kosaćcowy kolor. :)
Grażyna robiąca przegląd auta parkowca


W tym roku udało mi się zabezpieczyć 9 żółwich gniazd, ale kto wie, czy nie pojawi się jeszcze jedna lub dwie spóźnialskie żółwice, które nawet składanie jaj zostawią na ostatnią chwile. Teraz wystarczy doglądać gniazd i czekać na małe żółwiki. O rozwiązaniu będę mógł jednak napisać dopiero w przyszłości, a dziś pozostaje mi zakończyć opowieść tradycyjnym: „żyli długo i szczęśliwie…”. Oby tak było! :)
Parkowiec podczas badań fot. M. Zajączkowska