sobota, 29 lipca 2017

Przychodzi bocian do lekarza, czyli o Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt



Od początku istnienia ludzie oddziaływali w różny sposób na środowisko. Karczowali lasy, osuszali bagna, stawiali osady i miasta, a w końcu poprzecinali swoją planetę siecią dróg i autostrad. Presja, którą wywarliśmy na środowisko, przyniosła przykre skutki wobec jego pozostałych mieszkańców. W miejscu pradawnej puszczy pojawiły się pola uprawne, aglomeracje i szlaki komunikacyjne, a w takiej rzeczywistości ciężko odnaleźć się zwierzętom. 

W miejscach, gdzie człowiek spotyka się z dziką naturą, często dochodzi do konfliktów lub kolizji. Coraz częściej słyszy się o kolizjach drogowych z udziałem dzikiej zwierzyny. Stojące przy drogach znaki ostrzegawcze okazują się niewystarczającym rozwiązaniem, a liczba poszkodowanych rośnie. O ile ludzie mogą liczyć na przyjazd pogotowia ratunkowego, nie zawsze jest ktoś, kto pomoże poszkodowanemu zwierzakowi. Nie wszystkie wypadki kończą się przecież tragicznie.  Dla rannych zwierząt, wymagających opieki, powstają specjalne miejsca, takie jak Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt w Poleskim Parku Narodowym. 
Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt w Starym Załuczu utworzono w 2001 roku. W 2012 roku powstała jego filia w Zawadówce. Zwierzęta znajdują tu troskliwą opiekę i odpowiednie warunki do odzyskania sprawności. O mieszkańców troszczą się nie tylko pracownicy Parku, ale także lekarze weterynarii, którzy służą fachową wiedzą i doświadczeniem.

Od momentu powstania do końca 2015 roku w Ośrodku przebywało łącznie 456 zwierząt z 49 gatunków. Najczęściej trafiają do nas ptaki, m.in.: myszołowy, pustułki, sójki, błotniaki, bąki, bieliki, łabędzie, czaple siwe. Najliczniejszą grupę stanowią jednak bociany białe. Większość bocianów z Ośrodka to młode, które wypadły z gniazda. W naturalnym środowisku nie miałyby większych szans na przeżycie, ale w specjalnie przygotowanej wolierze szybko nabierają sił i już w sierpniu opuszczają nasz Ośrodek na własnych skrzydłach. 

Ssaki z kolei trafiają do filii w Zawadówce. Tam wybudowano dla nich specjalnie skonstruowane schrony. Lokalizacja zapewnia zwierzętom spokój i dużą przestrzeń. Chociaż Ośrodek w Zawadówce powstał stosunkowo niedawno, opiekę i schronienie znalazło w nim już ogółem 76 zwierząt. Były to głównie sarny, łosie, dziki i zające.  Ze względu na swój charakter, miejsce nie jest dostępne dla zwiedzających. Pozwala to uniknąć zwierzętom niepotrzebnego stresu i przede wszystkim nie przyzwyczajają się do ludzi.



Pomagajmy mądrze!

Nie każde zwierzę potrzebuje naszej pomocy. Zdarzają się przypadki dostarczania do Ośrodka osesków saren. Sarna często zostawia swoje młode, ale czuwa w pobliżu. Nie należy podchodzić do maleństw ani ich dotykać. Mama sarna wie, co robi! 

W 2016 roku aż 8 puszczyków znalazło się w Ośrodku. Ptaki po odkarmieniu i otrzymaniu odpowiedniej pomocy zostały wypuszczone na wolność. Nie powinny jednak wcale do nas trafić. Gdy puszczyki nie mieszczą się już w dziupli lub gnieździe, „wypadają” z niego, pozostając w pobliżu. Cały czas zajmują się nimi i karmią je rodzice. Cieszy nas, że coraz więcej osób chce pomagać zwierzętom, jednak nie zawsze ta pomoc jest potrzebna. Zdarza się nawet, że może wyrządzić więcej szkody niż pożytku.

W przypadku zaobserwowania zwierzęcia rannego, porzuconego czy takiego, które wygląda na potrzebujące pomocy, najbezpieczniej do nas zadzwonić. Pracownicy Parku odpowiedzą na wszystkie pytania i w razie potrzeby udzielą zwierzęciu pomocy.  

Praca w Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt to niemałe wyzwanie. Wymaga dużej cierpliwości i „dobrej ręki” do zwierząt. To nie tylko przebywanie wśród bocianów i wypuszczanie wyleczonych zwierzaków. To także przygotowywanie pokarmu, sprzątanie, czyszczenie misek i wolier, zmienianie opatrunków itp. Często przychodzą ciężkie chwile, ponieważ nie każdemu zwierzęciu udaje się pomóc, jednak satysfakcja z każdego uratowanego podopiecznego jest ogromna.



 























Śledźcie fanpage:

Zaglądajcie na Instagrama:
I zakładajcie odlotowe koszulki:

piątek, 30 czerwca 2017

Lato czeka!


„Lato, lato, lato czeka…” Ta piękna piosenka mojej młodości zawiera w sobie także przykrą myśl: „a tam ciągle nie ma nas”, więc żeby rzeka i las nie musiały na mnie czekać, wyszedłem przyrodzie naprzeciw. Ostatni miesiąc owocował w ogrom spotkań i sytuacji, które warto było uwiecznić lub opisać.  Nie traćmy więc czasu na uprzejmości i do roboty! Czas na ciepłego posta (rymuje się z „tosta”, więc polecam do kawy przy czytaniu tego tekstu) prosto z Polesia!


Działo się ostatnio wiele, ale jak ma się to szczęście, że żyje się w najlepszym miejscu na świecie – ciężko, żeby nic się nie działo… Wystarczy tylko otworzyć drzwi i wyjść z drewnianej chatki. Ostatnio przejawiam większą aktywność rowerową, co prawie spowodowało, że czerwcowy tekst zmieniłby się w epitafium… Ale o tym później. Ból tyłka i kolan szybko zrekompensowały mi spotkania ze zwierzętami, kryjącymi się w poleskich ostępach. Wystarczyło raz przejechać się „welocypedem” i już mamy: zajączki hasające w owsie, koziołka skrytego za łozą i strachliwego gąsiorka, który nie dał się podejść. Nieoceniony okazał się tutaj pożyczony od bliskiej mi osoby (nie powiem od kogo, bo jak każdy superbohater muszę chronić swoich najbliższych) obiektyw 70-300 mm. Ludzie, byłem ślepy, a ujrzałem! Całe życie myślałem, że żeby zrobić dobre zdjęcie łosia, trzeba na niego wskoczyć i wytłumaczyć mu, że będzie gwiazdą (chociaż nie wiem jak u łosi z parciem na szkło). Obyło się jednak bez próby ujeżdżania króla bagien, wystarczył długi obiektyw. Spotkanie z łosiem miało miejsce na ścieżce przyrodniczej „Perehod”, gdzie zabrałem na popołudniowy spacer swoich serdecznych przyjaciół. Byli tam pierwszy raz i chyba właśnie to zapewniło nam sukces łowów, bo chwilę za łosiem czekał na nas żółw.


Była to samica wychodząca na lęgowisko składać jaja. Żółwi na „Perehodzie” jest sporo, ale pierwszy raz widziałem panią żółw w tym właśnie miejscu. Żółwica ewidentnie miała parcie na internety, długi czas bowiem pozowała turystom (którzy podobnie jak ja, przed pożyczką obiektywu, próbowali dosiąść zwierza, by zrobić mu zdjęcie). Państwo zostali poinformowani, że nie warto jej teraz zaczepiać, a żółwica po sesji zdjęciowej udała się w wybrane miejsce na złożenie jaj.


O żółwiach też mógłbym Wam wiele pisać – przełom maja i czerwca to bowiem czas niezłych jaj, tzn. składania jaj. Sporo czasu i uwagi poświęcaliśmy więc naszym skorupiastym paniom. O tym, jak to jest z tymi żółwimi jajami, można przeczytać w ubiegłorocznym tekście (wiem, wiem – wszyscy już czytali). Mogę się pochwalić, że w tamtym roku na „żółwiowisku”, będącym pod moją opieką pojawiło się dziewięć samic, podczas gdy w tym roku było ich już dwanaście. Widać progres! Nagrałem nawet film, pokazujący, jak wygląda samo składanie jaj (link do filmu i starszego tekstu o żółwiach na końcu posta). Możecie więc w spokoju przy tościku i kawie, bez ryzyka pożarcia przez komary, zobaczyć iście jajcarski film.

Polesie pochłonęło mnie całkowicie, w ostatnich dniach odwiedziłem kilka razy ścieżkę „Spławy”, gdzie czekały na mnie stada przeróżnych żab i malownicze skrzypy bagienne, które właśnie teraz można podziwiać w całej okazałości. Kilometry kładek zdecydowanie nie nadają się do jazdy rowerem, więc tutaj już musiałem polegać na własnych podeszwach, ale powiem Wam – warto!


Nie tylko „Spławy” są godne polecenia na wakacyjne wypady. Kilkakrotnie zawitałem też u sędziwego „Dominika”, gdzie również jest co podziwiać. Jeśli chcecie zobaczyć, jak wyglądają drapieżne, bezlitosne, krwiożercze rosiczki, to teraz jest najlepszy czas na to pełne niebezpieczeństw spotkanie. Rosiczki rosną na splei całymi stadami i nie powinno być problemu z ich dostrzeżeniem.  Jeszcze parę dni temu spacer po kładkach na „Dominiku” umilał nam zapach kwitnącego bagna zwyczajnego. Lekko odurzony tą wonią, zacząłem strzelać (fotki – oczywiście) do owocujących wełnianek. Tych było w tym roku na „Dominiku” zatrzęsienie i do tej pory można jeszcze podziwiać ich białe, puchowe owoce.



Ścieżka „Dąb Dominik” jednak też prowadzi przez kładki, więc rowerem nie wypada, trzeba było szukać dalej. Jedną z ciekawszych tras, jakie ostatnio pokonałem, jest Eko-szlak „Urszulin – Perehod” ciągnący się – jak nazwa wskazuje – od Urszulina do ścieżki „Perehod”. Trasa ta łączy wszystkie piesze ścieżki PPN, ale sama w sobie jest całkiem ciekawa (zwłaszcza fragmenty z gruzem i piachem). Pozwala poznać uroki Polesia z siodełka roweru. Dojeżdżając do „Perehodu”, pomyśleliśmy wraz z moją towarzyszką (którą muszę chronić, jak przystało na suberbohatera), że warto wybrać się jeszcze na „Mietiułkę” i „Durne Bagno”. I wiecie co? Warto było! Sama „Mietiułka” pokazała nam kilka saren, masę ptactwa i niesamowite widoki zachodzącego słońca, a na „Durnym Bagnie” czekała na nas inna para. Para ta, wbrew wszelakim zakazom i obostrzeniom, wbrew obecności Służby Parku (tj. mnie), ignorując jakiekolwiek prośby i groźby, spacerowała sobie po samym środku „Durnego Bagna” wśród łanów wełnianki! A Parkowiec, niewiele myśląc, wyciągnął aparat i jak zwykle – zaczął strzelać. Była to bowiem para żurawi, która – najpewniej po przeczytaniu tekstu na blogu – chciała sama sprawdzić, jak to z tym „Durnym Bagnem” jest.

A my? Wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy dalej.  I tak mi się ten rower spodobał, że aż urwałem korbę… Udało się tym razem oszukać przeznaczenie, ale nie obyło się bez bólu. Rama bowiem wysoka, a jak się spadnie na nią z siodełka, to już możecie się domyślić – co się stanie. Z tak przygotowaną jajecznicą dotarłem do domu, rower naprawiłem i gotowy jestem na kolejne wyprawy! Lato, lato, lato czeka… A tam ciągle nie ma Was! 😊
Tutaj film o tym jak to żółwie składają jaja:
I post o żółwiach:
Śledźcie fanpage:
Zaglądajcie na Instagrama:
I zakładajcie odlotowe koszulki:

niedziela, 28 maja 2017

Tadeusz Kościuszko i Ludwika Sosnowska - historia nieznana

O, ile ludzi! Państwo też na transatlantyk? Tak? To dobrze, może uda mi się ukryć w tym tłumie… Bo widzicie, ja tutaj jestem w takim „trybie incognito”. Co tam, zaryzykuję i powiem Wam, kim jestem. Andrzej Tadeusz Bonawentura Kościuszko herbu Roch III. Ale nikomu ani słowa, bo jeszcze to moje sosnowickie Licho usłyszy… Właśnie przed nim, a w zasadzie przed nią uciekam i to tak daleko, jak tylko się da.

Tadeusz Kościuszko

Od początku. Byliście kiedyś w Sosnowicy? Nie? Ja niestety tak… Nie, żeby Sosnowica sama w sobie była zła. Absolutnie! Sosnowica to piękna mieścina! Aleje: Grabowa, Kasztanowa; woda, rzeki, jeziora – Polesia czar! Gdybym jednak mógł odwrócić bieg historii, w życiu bym się do Sosnowicy nie wybrał. Zaraz po skończeniu Szkoły Rycerskiej, zanim zacząłem myśleć o jakiejś robocie, wybrałem się na wczasy. Sami wiecie – koniec szkoły trzeba uczcić. Wziąłem kilku kumpli i ruszyliśmy na Polesie, nad Jezioro Czarne.

Jezioro Czarne koło Sosnowicy
To był dobry czas… Lato, jeziorko, leżing, plażing, smażing. Żyć nie umierać! Ale jak to w trakcie dobrej zabawy bywa – zabrakło nam płynów, a w czasie upalnego lata łatwo można się odwodnić. Pech chciał, że to mnie przypadło uzupełnić zapasy w miejscowej karczmie, tj. sklepie. Wtedy wszystko zaczęło się sypać. Stoję przy ladzie i próbuję zrobić zakupy, ale wiecie, jak to jest, gdy człowiekowi w gardle zaschnie. Wybełkotałem: „Żele-zlemi-ze-mi-ku-se-sła”, a chciałem po prostu cisowiankę perlage… I nagle – złapali mnie dwaj za chabety i wywlekli z karcz…, to znaczy – ze sklepu i dawaj na sosnowicki Dwór.

Posadzili na krześle jak zbitego kundla i zamknęli drzwi na klucz. Po jakimś czasie do pomieszczenia wszedł nietęgi jegomość, jak się później okazało – sam Hetman Józef Sosnowski.

– Więc znasz francuski? – zapytał. 
– Coś tam się liznęło… – odpowiedziałem zbity z tropu. 
– To będziesz miał robotę.

Hetman Józef Sosnowski
Tak zostałem nauczycielem. Nie dało się z tego wyplątać, bo Hetman miał niemałą buławę i ciężką rękę. Wygooglowałem sobie: Francuski na miarę XVIII wieku dla opornych i jakoś poszło. To nie braki językowe były jednak moim największym zmartwieniem… Najtrudniej było z uczennicą. Przypadł mi „zaszczyt” uczyć córkę Sosnowskiego – Ludwikę i nawet carowi takiego wroga, jak moja uczennica, nie życzę. Okazało się, że panna Sosnowska pokonała już sześciu nauczycieli języka. Każdy w popłochu uciekał z Sosnowicy, nie pobierając nawet wynagrodzenia. Nie nauka była bowiem w głowie pannie Ludwice, a miłosne zaloty.
 
Ludwika Sosnowska
Wzdychało to dziewczę i do mnie od samego początku poznania. Łaziło krok w krok. Już by status na Fejsie zmieniała (gdyby tylko Facebook już był), a efektów nauki wcale nie było widać. Hetman, zły jak osa, chciał Ludwikę do ministerstwa pchać, za księcia oddać, a ta francuskiego nijak. Żeby tylko z francuskim był problem… Z resztą nie było lepiej: rachować była w stanie tylko kasę na nowe ciuchy, historię znała wspaniale, ale wyłącznie koleżanek z okolicy, a rysunek? Zobaczcie sami…


Dziewczyna chciała się wykazać na innym polu. Gdy tylko zostawaliśmy sami, rzucała się na moją szyję i próbowała udusić uściskiem. Nie powiem, bo miała czym. Ruszyć się z domu nie mogłem, bo zaraz u nogi wisiała mi Ludwika, za wszelką cenę próbując mnie w sobie rozkochać. Na jednym ze spacerów zaproponowała, żebyśmy posadzili dwa drzewa, które będą wiecznym symbolem naszej miłości. 

 – Jakiej miłości?! – mówię jej. – Ja cię tu uczyć przyjechałem! – dodałem, mając na uwadze buławę i rękę hetmańską. – Poza tym wszyscy w kraju drzewa tną, aż furczy, a my sadzić będziemy? 

A Ludwika w ryk, lament, płacz na całą Sosnowicę, że jak nie posadzę, to ona się w Piwonii utopi i wtedy mnie dopiero jej ojczulek za naukę wynagrodzi. Wzięliśmy więc jakąś szyszkę i żołędzia i zagrzebaliśmy w ziemi. Od tamtej chwili wszystko się skomplikowało. Gdy tylko zjawiliśmy się w dworze, Ludwika w drzwiach obwieściła ojcu, że bierzemy ślub: żeby lepiej sprzedał Opla (najdroższego konia ze stajni Sosnowskich) i szykował wesele. Widzieliście kiedyś wulkan tuż przed wybuchem? Ja też nie, ale wygląda na pewno mniej groźnie niż Hetman w tamtej chwili.

"Dworek Kościuszki" w Sosnowicy
Zszedłem szybko z oczu Sosnowskiego i czym prędzej udałem się do monopolowego po najlepszą na Polesiu whisky „Czarna Polewka”. Postanowiłem rozmówić się z Hetmanem, zaopatrzony w słuszny zapas. Ojciec Ludwiki, gdy tylko zobaczył mnie w drzwiach, zamachnął się buławą i gdybym nie zasłonił butelką twarzy, pewnie do dziś mógłbym otwierać słoiki za pomocą szpary w uzębieniu. Kiedy siedliśmy nad Polewką, od razu spojrzeliśmy na siebie łagodniejszym okiem i opracowaliśmy wspólnie plan ucieczki o kryptonimie: „Synogarlica”.

Spakowałem wszystkie swoje graty: telefon, klucze i portfel do jednego tobołka i pod osłoną nocy opuściłem dwór Hetmana. Oczywiście niełatwo było uciec przed Ludwiką. Pomógł mi sam Sosnowski, który na chwilę przed moim odjazdem, włączył jej ulubiony serial „H jak Hetman”, czym zajął dziewczynę na cały wieczór. Ja w tym czasie kierowałem się już według wskazówek nawigacji do miejscowości Hanna. Dla zmylenia pościgu w swoich apartamentach pozostawiłem wydruk z GPS ze wskazówkami dojazdu do Brusa. Ludwika jednak przechytrzyła nas wszystkich: któregoś dnia w moim portfelu umieściła geolokalizator, który alarmował ją, gdy tylko oddaliłem się od niej na ponad 500 metrów.

Wsiadła do Opla (to znaczy – na Opla) i ruszyła w pogoń. Opel miał pod grzbietem niezły motor i napęd na 4 kopyta, więc Ludwika dopadła mnie w szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Jednym ruchem ręki zrzuciła mnie z konia razem z siodłem i uzdą. Zrobiła to, co Pudzian z Najmanem, mówiąc przy okazji, jak bardzo mnie kocha (czego od Pudziana Najman jednak nie usłyszał).

Szczęśliwie z odsieczą nadjechał po chwili Hetman ze sporym oddziałem. Ludwika w szale bojowym zdążyła powalić dwunastu zbrojnych, ale gdy wrogów kupa, to i Ludwika d… dać rady nie mogła. Pannę pod eskortą odprowadzono na dwór. A ja…? Zapuściłem brodę, ściąłem włosy, ciuchy też jakby trochę bardziej nowoczesne. Tak jak mówię, ukrywam się i ruszam za Atlantyk, do Ameryki, azbest gdzieś na dachach kłaść. Oby mnie tylko Ludwika nie znalazła… 
– Tadziuuuu!

Powyższy tekst jest humoreską stworzoną przez Parkowca na potrzeby „Nocy Muzeów”, która odbyła się 27 maja w Muzeum parku w Starym Załuczu. Kto był, ten wie, jak ta historia się skończyła… A kto nie był, niech żałuje! Kolejna „Noc Muzeów” za rok, ale jeśli chcecie się dowiedzieć, jak było naprawdę z Tadeuszem i Ludwiką, zapraszam już dziś do Muzeum PPN, gdzie podam Wam oficjalną wersję historii. Sami zdecydujecie, który wariant opowieści jest bardziej prawdopodobny.
Śledźcie fanpage:
Zaglądajcie na Instagrama:
I zakładajcie odlotowe koszulki:

piątek, 28 kwietnia 2017

Kwiecień-plecień…


W tym roku na własnej skórze mieliśmy okazję przekonać się, że stare jak świat przysłowie: Kwiecień-plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata idealnie opisuje aurę wspomnianego w nim miesiąca. Szkoda tylko, że o przysłowiowym lecie mogliśmy zapomnieć już po pierwszym tygodniu, a kolejne dni bardziej przypominały jesień średniowiecza niż sielską ciepłą wiosnę.


Rower stoi pod zadaszeniem i czeka na montaż podgrzewanego siodełka oraz porządnych chlapaczy. Piesze wędrówki musiałem ograniczyć do trasy: drzwi samochodu – drzwi domu, co niekorzystnie wpłynęło na redukcję odkładanych w okresie zimowym zapasów triacylogliceroli, co potwierdza utrudnione zakładanie „kościołowych” spodni.


Oj, ciągnie wilka do lasu, a Parkowca w teren… Jednak pogoda szybko zrewidowała wszelkie próby ucieczki w głuszę i przygotowała wyjątkową ofertę wiosenną, składającą się z deszczu, gradu, śniegu i wyjątkowo zimnego wiatru. Trzeba było więc cierpliwie czekać na słoneczne dni.


Kilka razy podjąłem nawet próby szukania wiosny zza kierownicy samochodu – zrobiłem objazd po okolicy, żeby znaleźć dobre plenery i poszerzyć wiedzę na temat tego, co w lesie piszczy. Wyprawy po poleskich bezdrożach odbiły się bardzo korzystnie na zawieszeniu auta, które widocznie potrzebowało intensywnego ruchu, a błotne kąpiele znacznie odmłodziły całą karoserię auta. Objazdy, chociaż bardzo ciekawe, nie zaspokoiły jednak głodu przygody – głodu lasu. Tęsknym okiem Parkowca zerkałem przez okno kochanego muzeum, wypatrując ciepłych, ożywczych promieni słońca…


I jest! Pewnego dnia pod koniec kwietnia stwierdziłem, że pokonam pieszo dystans dłuższy niż 5 metrów (co było nie lada wyzwaniem dla moich stawów). Wiatr bowiem ustał, a cały dzień był wyjątkowo, jak na kwiecień, ciepły. Wraz z parą parkowych przyjaciół oraz ich kilkumiesięcznym synem wybraliśmy się po pracy na ścieżkę „Spławy”.

Dzień był naprawdę ładny. Przynajmniej do momentu ruszenia w teren… Gdy tylko zamknęliśmy drzwi muzeum, zerwał się silny wiatr, a nad niebem zebrały się złowieszcze ciemne chmury. Najpewniej odwołalibyśmy wycieczkę, gdyby nie upór najmłodszego z jej uczestników – Igora, którego serdecznie pozdrawiam. Komu jak komu, ale kilkumiesięcznemu berbeciowi spaceru odmówić nie można! Przeczekaliśmy najgorsze chwile w ukryciu, a gdy tylko na niebie pojawiła się tęcza, ruszyliśmy dalej na szlak. Tęcza okazała się dobrym zwiastunem, bo dalsza część podróży przebiegła w naprawdę przyjemnej atmosferze.

Wybór ścieżki „Spławy” nie był przypadkowy. Wraz z początkiem maja rusza „Kameralna majówka na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim”. To szereg imprez turystycznych na terenie całego pojezierza, na które serdecznie wszystkich zapraszam! (link na końcu tekstu). Poleski Park Narodowy, jak co roku bierze udział w majówce i przygotował ciekawe atrakcje dla wszystkich miłośników bagien: 1 maja będzie można skorzystać z bezpłatnej obsługi przewodnickiej po Muzeum PPN, a 2 maja, pod profesjonalną opieką przewodników, będzie można dać się wciągnąć bagnom na ścieżkach „Dąb Dominik” i – właśnie – „Spławy”.


W tym roku przyjemność oprowadzania gości przypadła m.in. mnie i koledze Łukaszowi. Pierwszego maja pokażemy Wam, co skrywa Muzeum PPN, drugiego poprowadzimy najbardziej „zakładkowaną” ścieżką Poleskiego Parku Narodowego.


Nasz spacer służył odświeżeniu spojrzenia na ścieżkę „Spławy” i orientacji, co można tam zobaczyć w tej chwili. Jeśli wybieracie się na majówkę do PPN, nie pożałujecie!  A jeśli macie inne plany na majowy weekend, natychmiast je zmieńcie! Pogoda, jaka by nie była, będzie idealna. Co można zobaczyć na „Spławach” i w muzeum? Powiem Wam niebawem na miejscu! Do zobaczenia!

Kameralna majówka:

Śledźcie fanpage:

Zaglądajcie na Instagrama:
I zakładajcie odlotowe koszulki:


sobota, 25 marca 2017

Niech się BBC wstydzi!

Drodzy miłośnicy przyrody! Ostatnim tekstem udało się nam skutecznie przegonić zimę i odbyło się to w całkowicie pokojowy sposób! Ba! Nie trzeba było nawet topić Marzanny, co osobiście uważam za duży sukces. Nie mam nic przeciwko tradycji, ale akt topienia nie jest optymistyczny. Niemniej nie czas jeszcze na odkorkowanie szampana. 
Wiosna nadciąga na Polesie niczym rozpędzony pociąg. Nie jest to niestety Pendolino, jak moglibyśmy oczekiwać, a raczej pociąg relacji Lipniak – Daleczkąt (oczywiście ironizuję – pociągi tej linii są nader szybkie), co skutecznie gasi nasze wiosenne zapały. Miałem jednak już dość grzania czterech liter przy kominku. Dzień się wydłuża, więc grzech go nie wykorzystać. 
Oj, ciągnie Parkowca do lasu, czy – jak napisałem kiedyś na Facebooku: „durnia na Durne Bagno”. Dzisiaj więc kilka słów o wyprawie na Durne Bagno. Korzystając z wolnego popołudnia, wsiadłem na rower i ruszyłem na spotkanie z przygodą. Durne Bagno jest zlokalizowane bezpośrednio przy ścieżce rowerowej „Mietiułka”, której trasa rozpoczyna się w miejscowości Łowiszów, przy dużym zadaszeniu turystycznym. Dalej piaszczystą drogą leśną zmierzamy do celu tego wpisu.
Nazwa „Durne Bagno” nie jest przypadkowa. Miejscowa ludność zawsze miała z tym bagnem kłopot. Stare szeptuchy zwykły mawiać, że „kto na durne bagno stanie, sam się durnym staje”. I choć ludziom nie ubywało może punktów w skali IQ, ale faktycznie z tym torfowiskiem było coś nie tak… Nierzadko ludzie, zapuszczający się w te rejony, mieli problem ze znalezieniem drogi powrotnej. Dochodzenie przeprowadzone przez agentów CSI, NCIS i Archiwum X wykazało, co jest tego powodem. Na Durnym Bagnie występują dwie bardzo ciekawe rośliny: borówka bagienna, zwana także pijanicą oraz bagno zwyczajne, zwane… bagnem zwyczajnym. Ta druga znana jest ze swoich silnych olejków eterycznych i była wykorzystywana przez nasze babcie do odstraszania moli. Pijanica (jak wskazuje nazwa) ma natomiast dość szczególne właściwości. Po jej spożyciu (omyłkowym, rzecz jasna) organizm doznaje lekkiego rauszu. Ot i cała historyja! Trafiasz na bagno, zjadasz parę jagódek, nawdychasz się oparów bagna zwyczajnego – faktycznie, można zdurnieć.

Zdecydowałem jednak nie korzystać z tych, wątpliwych, atrakcji Durnego Bagna. Rozkoszowałem się po prostu widokiem z wieży i wszechogarniającym spokojem. Durne Bagno polecam wszystkim, którzy chcą obcować z poleską przyrodą sam na sam.
Ale to nie koniec naszej wycieczki! Dalej z siodełka roweru podziwiałem ścieżkę rowerową „Mietiułka”. Co prawda, z powodu braku czasu i jeszcze nie najlepszej kondycji po zimie, wybrałem tylko część trasy, prowadzącą wzdłuż rzeki o nazwie Mietiułka. Tam czekał na mnie szereg niespodzianek. Łąki przy Mietiułce są genialną bazą dla wszelkiej maści ptactwa. Dzięki staraniom służb Parku, udało się łąkom przywrócić naturalny, mokradłowy charakter. Zwłaszcza wczesną wiosną nie brakuje tam wody. Na skraju jednego z rozlewisk zaobserwowałem łosia, nieco zdziwionego moją obecnością. Wyglądał dodatkowo, jakby zamierzał skoczyć na główkę w otchłań rozlewiska. Odległość nie pozwoliła na zrobienie zdjęcia zaspokającego moją pazerność. Wtedy też podjąłem decyzję o zakupie teleobiektywu. Zostaje mi tylko stanąć z czapką pod muzeum i zbierać fundusze na realizację marzeń.
Zostawiłem łosia z decyzją o skoku i ruszyłem dalej. Podróż umilały mi czajki, bawiące się w pilotów akrobatów. Co chwilę wykonywały fikuśne beczki w powietrzu. Zaraz na prawym brzegu rzeki zobaczyłem rudel saren, które postanowiły sobie urządzić gonitwę do lasu, mało nie gubiąc przy tym nóg. Zbliżając się do ścieżki „Perehod”, minąłem dwa łabędzie, ukrywające się za szuwarem. Naiwnie liczyły, że Oko Parkowca ich nie wypatrzy. Na koniec mym (a dzięki zdjęciom – także Waszym) oczom ukazał się niesamowity widok: czterdzieści czapli białych, podrywających się z rozlewiska. Dawno nie widziałem takiego skupiska tych ptaków w jednym miejscu. A dość łatwo je wypatrzeć, bo świecą w krajobrazie niczym koszula w reklamie proszku do prania (nie powiem jakiego, ale pozdrawiam Pana Chajzera!). Wycieczkę zakończyłem przy ścieżce przyrodniczej „Perehod”.

Czy Polesie nie jest niesamowitą krainą? Jedno popołudnie, jedna wycieczka, a kontakt z przyrodą lepszy niż połączony maraton filmów przyrodniczych BBC i National Geographic! Gorąco Was zapraszam na wycieczki rowerowe i piesze do Poleskiego Parku Narodowego! Ja wybiorę się tam jeszcze nie raz!

Śledźcie fanpage:
Zaglądajcie na Instagrama:
https://www.instagram.com/okiemparkowca/
I zakładajcie odlotowe koszulki: