poniedziałek, 27 listopada 2017

Sarnie żniwo



Listopad – co za fantastyczny miesiąc! Ptaki odleciały, rykowisko z bukowiskiem są tylko wspomnieniem, żółwie się wykluły, a za oknem szaro, buro, zimno i nieprzyjemnie. Pozostaje schować się do chatki i zapaść w sen zimowy. Dobrze, że pod skórą ukryłem spore rezerwy… Nawet 6 miesięcy zimy nie będzie mi straszne. Schowany pod pierzynami będę śnił o cieplejszych dniach.


Chociaż na pierwszy rzut oka przyroda, podobnie jak Parkowiec, jesienią staje się nieco bardziej senna i flegmatyczna (niektórym wydaje się wręcz uśpiona), to kiedy przyjrzymy się wszystkim zjawiskom okiem Parkowca, okaże się, że dzieje się tam naprawdę dużo.
Listopad to ostatni moment, żeby dobrze przygotować się do zimy. A ta, jak wiemy, zawsze nadchodzi. Wiele zwierząt intensywnie poszukuje pokarmu, który będzie im służył jako zimowe zapasy energii. Zresztą w tej materii zwierzęta niewiele różnią się od nas. Kto wrócił z urlopu nad morzem, w listopadzie śmiało może się już zatroszczyć się o osobisty podbrzuszny powerbank, dzięki któremu przetrwa do następnych wakacji. W przypadku ludzi zgromadzenie większej ilości tłuszczu nie jest jeszcze straszną zbrodnią – chyba że wyrządzoną spodniom. Zwierzęta na dodatkowe kilogramy muszą jednak już uważać szczególnie. 

Zasada jest prosta – idziesz spać, musisz mieć tłuszcz. Nie zasypiasz? – to łaź i szukaj żarcia. Dlaczego niedźwiedź brunatny czy borsuk przed zimą robią się okrąglutkie jak beczułki, a sarny czy jelenie już nie? Borsuk z miśkiem wchodzą do gawry czy nory (robią to zazwyczaj osobno), układają sobie posłanie i kima. Za nic mają ludzi czy inne zwierzęta, które mogłyby im zaszkodzić. A sarenki? One już tak dobrze nie mają. Myślę, że sarnom wcale nie przeszkadzałoby zdobycie dodatkowych kilogramów, gdyby tylko mogły się położyć i leżeć – ot, spełnienie wilczych snów. Wyobraźmy sobie teraz rudel saren z nadwagą. Już na samą myśl zaczynam się uśmiechać pod wąsem, wyobrażając sobie takie sarny, próbujące przeskoczyć rów czy biec przez gęsty las. Oj, skorzystałyby na tym wilcze watahy. Tłuściutka sarnina idealnie pasuje na długie jesienno-zimowe wieczory w wilczym gronie. Na szczęście (saren, nie wilków) najmniejsze z krajowych jeleniowatych wiedzą o tym i chociaż gromadzą zapasy tłuszczu, to znacznie mniejsze niż borsuki czy niedźwiedzie.  

Sarna zawsze musi być w formie, jej oponenci również. U wilka nie zobaczymy zarysów brzuszka pod futrem. Skoro ofiara jest fit, to i wilk musi trzymać poziom godny Chodakowskiej. Są jednak przeciwnicy, którym nawet duża oponka nie przeszkadza w polowaniach. Na nich sarny mają już inne skuteczne środki zaradcze. Przede wszystkim: czujność. Sarny zawsze orientują się, co się dzieje w okolicy. Tak jak nasze sąsiadki – widzą i słyszą znacznie więcej od nas. Może sarni wzrok nie jest najostrzejszy, ale szczególnie wrażliwy na zmiany. Jeśli coś nie pasuje do otoczenia, jeśli coś porusza się w ich kierunku, sarny od razu to wychwycą. Taka zdolność przydałaby się niektórym małżonkom, którzy w mig byliby w stanie rozpoznać zmianę uczesania, makijażu czy nową kreację swojej partnerki. Nie dziwi też fakt, że sarny mają awersję do jednostek wyprostowanych, poruszających się na dwóch nogach – dla nich to chodzące automaty do zabijania i nie liczy się, czy w rękach trzymasz sztucer czy aparat – dla nich jesteś zabójcą.


Jak w takim razie zachować się wobec saren? Podchodzić czy nie? Dokarmiać zimą? Wszak nie mają zapasów, a i zieleniny mało. Może trzeba pomóc, by nie były głodne?

Przyroda ma się najlepiej, gdy nie wkładamy jej kija w szprychy. Jeśli chcemy obserwować sarny, dowiedzmy się trochę o ich zwyczajach. Przez większość roku sarna prowadzi dość regularny tryb życia, przestrzega ściśle godzin posiłków i korzysta z tych samych ścieżek do codziennych żerowisk. Jeśli zsynchronizujemy nasze zegarki z sarnimi, mamy mniej więcej pogląd, gdzie i o której można się z taką sarenką spotkać. Jeśli chcemy obserwować je z bliska, wybierzmy teren, w którym nie będziemy się wyróżniać. Na otwartej przestrzeni nie ma większych szans, by zbliżyć się do tych zwierząt. Ale gdy zasłonimy się krzewami, będziemy iść wzdłuż rowów czy skraju lasu, najlepiej nie wprost na nie – nasze szanse rosną. Oczywiście na podejście na wyciągnięcie ręki nie ma co liczyć. Nie radziłbym nawet tego próbować. Choć niepozorne, sarny potrafią poturbować – zwłaszcza kozły. Poza tym: co to za frajda podejść do zwierzaka tak blisko, żeby od razu zwiał? Lepiej z bezpieczniej odległości popatrzeć przez lornetkę czy obiektyw tak, żeby nie czuły, że naruszamy ich strefę intymności. 

A jak jest z dokarmianiem? Pisałem przecież, że sarny nie gromadzą zbyt dużo tłuszczu. A to takie słodkie zwierzątka, takie „Bambi” urocze, no trzeba im pomóc! A guzik! Metabolizm saren i innych jeleniowatych zimą przechodzi w stan standby. Jedzą niedużo, ale w miarę regularnie. Jeśli zaczniemy je dokarmiać, ich metabolizm wskoczy od razu na wyższe obroty, sugerując, że okres głodówki za nami. A jak pasza się skończy? To może przynieść bardzo negatywne skutki. Dokarmiać trzeba tylko w naprawdę ekstremalnych sytuacjach: gdy zima się przeciąga lub jest naprawdę bardzo uciążliwa. 


Ostatnia sprawa – sam na co dzień poruszam się samochodem i często widzę sarny, łosie czy inne zwierzęta poruszające się blisko dróg. Teraz żerują na polach, pasąc się oziminą. Wkrótce zaczną zlizywać sól z asfaltu, by jakoś tę oziminkę doprawić. Robi się niebezpiecznie. Zmrok zapada szybko, a sarny czy inne futrzaki uparły się i nie chodzą w odblaskach – ich wybór. To w naszej roli jest zadbanie o ich i swoje bezpieczeństwo. Uważajmy na drogach, a może wszyscy szczęśliwie przeżyjemy nadchodzącą zimę, bez potrzeby zapadania w zimowy sen.

Na koniec jeszcze jedna rzecz: sarna to nie żona jelenia (nawet jeśli kozioł nie jest zbyt ogarnięty, to nigdy nie nazywajmy go jeleniem)!  

poniedziałek, 2 października 2017

Usypać góry


Parkowiec to typowy Poleszuk – posępny, nieufny wobec tego, co obce człek, który nie wystawia nosa poza próg własnej izdebki. Ten wyrośnięty Hobbit porzuca jednak co jakiś czas swoją wygodną norę i rusza na przygodę w nieznane. „Chcę zobaczyć góry, Gandalfie.” –powiedział Parkowiec i udał się w Tatry…


To „nieznane” było tylko środkiem stylistycznym, Tatry odwiedzam regularnie i zawsze chętnie tam wracam. W tym roku udało mi się spędzić tam bardzo owocny wrześniowy tydzień. Chociaż pogoda w górach bywa kapryśna, wstrzeliłem się w okienko pogodowe i spędziłem parę dni na intensywnych górskich wędrówkach. Podczas wyjazdu odwiedziłem przepiękne doliny: Chochołowską i Kościeliską, podszedłem pod Czarny Staw Gąsienicowy, wszedłem na Czerwone Wierchy i Kasprowy, a także odkryłem piękne widoki z Grzesia i Rakonia w Tatrach Zachodnich. Nie obyło się bez przejścia najczęściej uczęszczanego szlaku w Polsce – drogi nad Morskie Oko. Tatry zachwycają widokami, przyrodą, a także fantastycznymi ludźmi, spotykanymi na szlaku. W trakcie tych wypraw nie mogłem jednak nie przyglądać się wszystkiemu „Okiem Parkowca” – odwiedzałem w końcu inny park narodowy. I chociaż urlop to przede wszystkim wypoczynek, dla mnie był to także czas obserwacji i przemyśleń, którymi chciałbym się teraz z Wami podzielić.


Po pierwsze bardzo duży plus dla Tatrzańskiego Parku Narodowego za kasy biletowe. Praktycznie nie ma możliwości wejścia na teren Parku z ominięciem punktu sprzedaży biletów. Kasy zlokalizowane są w przemyślanych miejscach i nigdy nie miałem problemów z kupnem biletu. Oczywiście kasy występują tak licznie, ze względu na liczbę turystów odwiedzających Park. Jest ich naprawdę dużo: w 2016 roku TPN odwiedziło łącznie 3,5 miliona osób! To ogromna liczba osób i niemożliwe jest, żeby wszystkich obsłużyły dwa punkty informacji turystycznej. Do tatrzańskich udogodnień łatwo się przyzwyczaić.


Teraz lepiej rozumiem turystów, którzy odwiedzają Poleski Park Narodowy i kierują się prosto na ścieżki przyrodnicze, licząc, że znajdą tam kasę biletową. Wychodzimy takim osobom naprzeciw – dla wygody odwiedzających w szczycie sezonu, w weekendy, również na naszych ścieżkach można zakupić bilety u pracowników Parku.


Kolejna sprawa, na którą zwróciłem uwagę w czasie wędrówek po TPN, to oznaczenia szlaków. Wszystkie strzałki kierunkowe są ujednolicone i czytelne, co znacznie ułatwia wędrówki. Pewnie każdy, kto chociaż raz odwiedził górski szlak, ścigał się z tzw. przeciętnym turystą – a konkretnie z czasem wędrówki, podawanym na drogowskazach. To bardzo wygodne rozwiązanie w górach, bo to, że do szczytu pozostały 3 kilometry, nie musi wcale znaczyć, że będzie to krótki i sympatyczny spacerek. Informacja podająca przeciętny czas przejścia jest w górach najlepszym rozwiązaniem. W PPN na strzałkach kierunkowych zwyczajowo podajemy odległości. Tereny są płaskie i nie należy się spodziewać trudności w postaci stromych podejść czy łańcuchów. Odległości dla wszystkich są jednakowe, czas przejścia – niekoniecznie. Który z systemów jest lepszy? Moim zdaniem oba świetnie się spisują, ale na swoich terenach. Próba zamiany mogłaby wypaść niekorzystnie.


Podczas spacerów w górach warto pamiętać o dwóch rzeczach: wodzie i prowiancie. Jeśli jednak nie przygotowaliście się do wyjścia wcześniej, zawsze możecie to zrobić już na samym szlaku czy bezpośrednio przed wejściem. Wszechobecne sklepy przy kasach biletowych, a także stragany z różnego rodzaju pamiątkami to już norma w Tatrach. Chociaż takie miejsca jak wypożyczalnie kijów trekkingowych czy sklepy z wodą i batonami uważam za bardzo dobre rozwiązanie, to sklepiki ze spinnerami i budki z kebabem trochę gorzej do mnie przemawiają. Najbardziej rozbawił mnie szyld reklamowy po drodze do Morskiego Oka: Prawdziwy góralski kebab. Co to znaczy? Jest wytwarzany tradycyjną podhalańską metodą? Wiem, że gdyby nie klientela, nie utrzymałaby się tradycja góralskiego kebabu, niesmak jednak pozostaje (chociaż odmówiłem sobie spróbowania tego wyjątkowego dania). Zdecydowanie lepszym pomysłem na górską przekąskę będzie szarlotka w jednym z wielu schronisk górskich. Warto byłoby przenieść to danie na nasz grunt. Co byście powiedzieli na „Szarlotkę Kustosza” w Ośrodku Dydaktyczno-Muzealnym?


Po konsumpcji górskich specjałów, kiedy ruszymy na szlaki, możemy podziwiać niesamowite widoki. Warto dla nich przemęczyć się kilka godzin pod górę. Jest coś tajemniczego w tych górach, do czego zawsze mnie ciągnie, co woła mnie z daleka – „Rzuć wszystko i przyjedź tutaj”. Uwielbiam te chwile, gdy po długim marszu z kołatającym z wysiłku sercem wchodzę na szczyt i mam chwilę, żeby na to wszystko popatrzeć i zachwycić się za każdym razem, jakbym to pierwszy albo ostatni raz w swoim życiu.

Na szczęście miałem ze sobą aparat i utrwaliłem widoki, którymi mogę się teraz z Wami podzielić.




Na koniec refleksja: dwa zupełnie różne parki narodowe, zupełnie inne zagrożenia, inne wyzwania, inne bogactwo i piękno. Zupełnie inne rozwiązania i inny charakter pracy. Jednak bez względu, czy to Tatry, czy Polesie – polskie parki narodowe zasługują na uznanie rodzimych  i zagranicznych turystów. Są świetnie przygotowane dla odwiedzających i mają każdemu wiele do zaoferowania. Za tym wszystkim stoją ludzie, którzy dbają o ten 1% Polski, bo taką powierzchnię kraju stanowią u nas parki narodowe. Mam wielu znajomych z TPN i innych parków. Wiecie, co ich łączy? Pasja. Wykonują wspaniałą pracę, ponieważ to „czują”. Chcą, żebyśmy z jednej strony mogli bezpiecznie zobaczyć najpiękniejsze zakątki kraju, z drugiej – żeby było co oglądać, jeszcze przez długi czas. Oby tak było zawsze.

PS 30 września zakończyła się zrzutka na nowy obiektyw Parkowca. Wszystkim, którzy mnie wsparli, pragnę bardzo serdecznie podziękować. Dzięki Wam udało się zebrać 1052 zł! To ogromne wsparcie, które pozwoli mi na zrealizowanie marzenia, jakim jest zakup nowego obiektywu. Chciałbym przypomnieć, że zrzutkę organizowałem jako osoba prywatna, a obiektyw będzie mi służył do realizacji pasji fotograficznej. Myślę, że już niebawem będę mógł podzielić się z Wami nowymi zdjęciami, zrobionymi z jego pomocą. Dziękuje Wam bardzo, jesteście najlepsi!  

piątek, 1 września 2017

Od siebie



Długo myślałem o tym, jak powinien wyglądać kolejny wpis. Sierpień, jak zwykle, owocował w historie i spotkania, zasługujące na wyróżnienie tekstem, ale tym razem postanowiłem napisać coś bardziej osobistego. 


Pierwszego września mijają dokładnie 4 lata (jak ten czas leci!), odkąd jestem zawodowo związany z Poleskim Parkiem Narodowym. Zacząłem jako stażysta, później była umowa na czas zastępstwa, wreszcie – spełnienie marzeń – pełny etat. Tak, spełnienie marzeń: mam wspaniałą pracę w fantastycznym miejscu. Robię to, na czym (mam nadzieję) się znam, a dodatkowo to coś pożytecznego.

Wiele osób ma jednak wyobrażenie na temat mojej pracy wyłącznie na podstawie blogowych opowieści i zdjęć, które umieszczam w serwisach społecznościowych. „Fajnie tam masz. Spacerujesz, robisz zdjęcia, głaszczesz zwierzęta i liczysz roślinki”. Chociaż można mieć w głowie wizję tak niesamowitej pracy, to w rzeczywistości wygląda ona zupełnie inaczej… Pracuję w Zespole ds. edukacji i udostępniania Parku, od dwóch lat moim miejscem pracy jest Ośrodek Dydaktyczno-Muzealny w Starym Załuczu. Praca w muzeum polega przede wszystkim na obsłudze turystów. Sprzedaję pamiątki, bilety na ścieżki, udzielam informacji, pomagam zapoznać się z naszą mapą itp. Absolutnie nie mogę powiedzieć, że to zła praca. Bardzo lubię tę część swoich obowiązków, bardzo lubię rozmawiać z ludźmi, udzielać odpowiedzi na różne pytania, doradzać: co, gdzie i jak można zobaczyć. Nie będę rozpisywał się o obowiązkach takich jak: pisanie sprawozdań i pism, przygotowywanie załączników do wniosków itd., ale zaznaczam, że obecna jest w mojej pracy i ta „papierkowa” część. 

Praca w parku narodowym to nie chodzenie po kładkach i głaskanie zwierząt. Jeśli spaceruję po ścieżkach w godzinach pracy, to tylko oprowadzając zorganizowane grupy – bo i to od czasu do czasu mi się zdarza. Chociaż to nie moje „własne” zwiedzanie Parku, to i tak bardzo to lubię. Cieszę się, że mogę opowiadać o pięknie przyrody Poleskiego Parku Narodowego i ktoś chce mnie przy tym słuchać. Sprawia mi to dużą radość i gdy tylko mam możliwość „wzięcia” wycieczki, zawsze to robię.

Drogi Czytelniku, jeśli dotarłeś do tego momentu – szczerze gratuluję! Tekst nie jest o zwierzętach, ścieżkach, nawet żartów mniej… Przykro mi, nie tym razem. Piszę to wszystko, ponieważ ostatnio zaczepiła mnie pewna Turystka:
– Pan tu chyba za karę bilety sprzedaje. Wie pan: czytam pana bloga i chyba woli pan być w terenie? 
Nie da się ukryć, że plenery Polesia są niesamowite i działają na Parkowca jak magnes. Kiedy tylko mogę, ruszam w teren, ale… po pracy. 

To w wolnym czasie ruszam na ścieżki. Wczesnoranne pobudki kilka godzin przed rozpoczęciem pracy pozwalają zrobić zdjęcia żurawiom, mgłom, wschodom słońca. Po pracy wsiadam na rower i jadę nad Mietiułkę, na Lipniak, Perehod czy Bubnów – miejsca, które kocham i chcę do nich wracać. Robię to z wielką przyjemnością i łączę swoje pasje: do przyrody, Polesia i fotografii. 

Świetnie się składa, bo moje pasje pozwalają mi lepiej pracować. Dzięki temu, co robię po pracy, mogę Wam dokładnie powiedzieć, co aktualnie zobaczycie na ścieżce, gdzie najlepiej obserwować ptaki czy o jakiej porze dnia najłatwiej spotkać łosia. Tę wiedzę zdobywam w wolnym czasie, a nie mam go niestety tyle, ile bym chciał. Teksty, które czytacie – chociaż nierozerwalnie związane z pracą i pasjami – powstają wieczorami w domu. Chcę, żebyście pamiętali, przeglądając zdjęcia i czytając wpisy, że to wszystko jest i dla mnie, i dla Was – aby choć trochę zarazić Was „gorączką Polesia”.


To naprawdę budujące, gdy ktoś przychodzi do mnie i mówi:
– Czytam pana bloga. Naprawdę fajny! Widać, że kocha pan to, co robi. 

Faktycznie tak jest. Kocham swoją pracę w muzeum, kocham też wszystko, co robię w związku z pracą – po pracy. Wzruszyło mnie ostatnio wyznanie rodziny, która przyjechała do Parku z Gdańska. Prosili, by podziękować autorowi bloga „Okiem Parkowca”, bo dzięki jego opisom tu przyjechali i zakochali się w Polesiu. Te podziękowania przekazano mojemu przyjacielowi Czarkowi, o którym też muszę wspomnieć. 

To właśnie dzięki niemu czytacie te wpisy (a przynajmniej ich ostateczną formę). Od samego początku „Okiem Parkowca” Czarek był odpowiedzialny za korektę tekstów i chwała mu za to! Mam bowiem pewien problem z pisaniem – lubię to robić, ale jestem „niechlujem słowa pisanego”. Mimo tego teksty, które czytacie, mają nienaganną ortografię, interpunkcję i składnię. Brawa dla tego człowieka, bo robi kawał dobrej roboty! [Skoro się tu pojawiłem – daję wszystkim słowo, że nie dopisywałem niczego na swój temat. Pragnę się za to pochwalić, że z racji pełnionej pomocy korektorskiej o wszystkich przygodach Parkowca mogę czytać jako pierwszy, a niejednej sam byłem uczestnikiem – przyp. red.]


Otworzyłem się dzisiaj, ponieważ przyszedł mi do głowy pewien pomysł... Od jakiegoś czasu nieśmiało marzę o nowym obiektywie fotograficznym. Kupiony w tamtym roku aparat jest świetny i całkowicie spełnia moje oczekiwania, ale obiektyw jest trochę za krótki. Bywa, że chociaż sytuacja zdjęciowa jest idealna – ograniczenia optyki nie pozwalają wykonać dobrego zdjęcia. Dla porównania – zobaczcie kilka fotek, które zrobiłem z pożyczonym obiektywem o ogniskowej 70-300 mm. 






Jeśli ta prośba jest dla Ciebie nie do przyjęcia – zignoruj ją, proszę, a jeśli to, co robię, sprawia Ci frajdę; jeśli kochasz Polesie jak ja, czytasz nowe wieści, oglądasz zdjęcia i marzysz o wolnym dniu, kiedy będzie można tu przyjechać –  wesprzyj mnie, proszę, chociaż symboliczną kwotą, która przybliży mnie do wymarzonego obiektywu. Moje zdjęcia to Wasze zdjęcia. Chciałbym dzielić się z Wami Polesiem jak najpiękniej.

PS Wszystkie zdjęcia w tym artykule wykonałem w ciągu kilku ostatnich dni pożyczonym obiektywem Nikkor 70-300mm 

Udostępniajcie zrzutkę: