wtorek, 22 grudnia 2015

Winter is coming




Niezwykle popularne powiedzenie „nadchodzi zima” nijak ma się do aury panującej za oknem. Mogliśmy się już niby przyzwyczaić do łagodnych zim, ale 10oC w Mikołajki to już lekka przesada…

Osobiście uroki zimy jestem w stanie podziwiać góra przez dwa dni. Kiedy nadchodzi odśnieżanie, zaspy, piesze wędrówki z akumulatorem na plecach, sielsko-anielski, śnieżnobiały czar przestaje na mnie działać. Nie ma jednak co marudzić, bo sam sobie zgotowałem ten los, przeprowadzając się do leśnej chatki na końcu świata.


droga do chatki parkowca podczas prawdziwej zimy
Zima w naszym klimacie jest tak naprawdę konieczna. To swojego rodzaju reset. Rośliny po okresie wegetacyjnym przechodzą w stan spoczynku, a gdy temperatura rośnie, docierają do nich silne promienie słoneczne, dając jednoznaczny znak do wzrostu. Już teraz pąki na drzewach i krzewach są niepokojąco nabrzmiałe. Kolega Piotrek na swojej działce zauważył rozwijające się bazie. I teraz wyobraźmy sobie, że w grudniu zaczną kwitnąć wszystkie drzewa i krzewy, a w styczniu przychodzi kilkunastostopniowy mróz. Straty w samym rolnictwie byłyby dość poważne, nie mówiąc już o konsekwencjach przyrodniczych. Wiem, że brzmi to jak groźba rodem z „Agrobiznesu”, ale tak właśnie jest. 


Nie tylko rośliny nie potrafią się odnaleźć w tej jesienno-wiosennej postzimowej sytuacji. Zwierzęta również mają niemały mętlik w głowie. Sam byłem świadkiem kilku nietypowych, jak na tę porę roku, sytuacji.  Pierwsze rzuciły się w oczy ptaszory. Obecność czapli siwych i białych na stawach nie zdziwiła mnie tak bardzo. Ale to, że mój ojczulek w grudniu wybiera się na polowanie na kaczki, wydało się nieco niepokojące. Ptaki związane z wodą nie wybierają się chętnie na południe, dopóki woda nie zacznie zamarzać. Teraz nie ma jeszcze tragedii, ale ciężko mi wyobrazić sobie lecące stada kaczek i gęsi w okropną śnieżną zawieruchę na przełomie grudnia i stycznia. 


Sarny, które ostatnio podchodzą coraz bliżej mojego domostwa (ostatnio pasły się na pasie trawy przed płotem) również nie czują nadchodzącej zimy. Nasze zgrabne sarenki nadal paradują w letnich sukienkach! Umaszczenie w tym czasie powinno zmienić się już z czerwonobrązowego na siwobrązowe lub siwożółte. W tym roku szybka zmiana sukni raczej nie nastąpi. 

młody koziołek w zimowej "kurtce"
Jednak z najbardziej interesującą anomalią spotkałem się w Starym Załuczu przy Ośrodku Dydaktyczno-Muzealnym PPN. Ci, którzy tam byli, wiedzą na pewno, gdzie znajduje się tzw. żółwiowe oczko. To miejsce, do którego trafiają żółwie błotne, wymagające rehabilitacji. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem tam żółwie spacerujące wokół oczka! Żółw błotny, jako gatunek zmiennocieplny, o tej porze roku w pełni aktywny? To się nie zdarza. W warunkach normalnych, wraz ze stopniowo obniżającą się temperaturą powietrza i wody, spada również temperatura ciała samych żółwi. Przechodzą w stan letargu, zakopując się w mule na dnie zbiorników. Zazwyczaj ma to miejsce w październiku, listopadzie, a nawet pod koniec września! I znowu: a gdyby przyszedł mróz? Dla żółwi mógłby okazać się śmiertelny…

Moje dotychczasowe wywody stawiały przede wszystkim pytanie: „Co by było, gdyby…?”. Bardzo możliwe, że mróz, który może przyjść nagle i wszystko zniszczyć się nie wydarzy i do maja będziemy mieli taką nijaką porę roku. Wydawać by się mogło, że nie jest to takie złe dla roślin i zwierząt, w końcu zima to taki trudny okres… Jednak z powodu braku zimy zmieniają się cykle życiowe wielu gatunków. Młode przychodzą na świat wcześniej i w większej liczbie. W ten sposób zwiększa się np. populacja dzików, co nie napawa optymizmem rolników. Takich przykładów można wymieniać znacznie więcej, ale przekonani i tak już wiedzą, a nieprzekonanych i tak nie przekonam. 

zwiastun wiosny?
Równowaga się zachwiała, pytanie tylko: na jak długo i jakie mogą być tego skutki.


Już w tym roku wszyscy, bez wyjątku, doświadczyliśmy skutków poprzedniej „srogiej” zimy. Mowa o suszy. Zapasy wody nie zdążyły się po prostu odnowić, a bez opadów śniegu sytuacja w przyszłym sezonie może być jeszcze gorsza.


Oby to moje straszenie nigdy się nie sprawdziło ;) Dobrze, że w swojej kolekcji zdjęć mam jeszcze kilka takich, przedstawiających prawdziwe oblicze i uroki zimy. Za pewien czas mogą okazać się bezcenne.


Na zakończenie, w tym przedświątecznym okresie, chciałbym złożyć Wam wszystkim najlepsze życzenia ;) Zdrowych, pogodnych i przede wszystkim białych Świąt Bożego Narodzenia!


- Parkowiec

wtorek, 3 listopada 2015

Parkowiec w delegacji

Mam nadzieję, że tytuł tego wpisu w dobie podróży służbowych samolotem (ale jednak samochodem) czy wyjazdów służbowych – po córkę do szkoły, nie okaże się kijem włożonym w mrowisko. Parkowiec również musi się rozliczyć ze swojej ostatniej delegacji, ale chce to zrobić przed Wami, ze względu na szczególną przyczynę wyjazdu.

Karkonosze zachwycały mnie od zawsze fot. autora
Celem mojej podróży był Karkonoski Park Narodowy. Och, kocham to miejsce! Nie była to moja pierwsza wizyta w Karkonoszach i mam nadzieję, że nie ostatnia – uważam bowiem, że są fenomenalne. Łączą w sobie dwie rzeczy, które kocham najbardziej: góry i bagna. Wybierając się na górską wycieczkę, możemy przyjrzeć się różnym typom mokradeł. Bagienne bory najlepiej podziwiać z kładek Ścieżki nad Reglami, zielonego szlaku, prowadzącego od Polany do Przełęczy Karkonoskiej. Najsłynniejszymi torfowiskami Karkonoszy są jednak subalpejskie torfowiska wierzchowinowe, znajdujące się na Równi pod Śnieżką, u podnóża Smogorni czy pod Sokolnikiem. Ze względu na wyjątkowe wartości przyrodnicze zostały one w 2004 roku wpisane na listę konwencji ramsarskiej jako obszary wodno-błotne o znaczeniu międzynarodowym. Chodzenie po bagnach wciąga także w górach! :)

Skalne ostańce to nieodłączny element tego niezwykłego krajobrazu fot. autora

Jednak nie wędrówki górskie i widoki bagien były głównym celem mojej podróży. W połowie października w Karkonoskim Centrum Edukacji Ekologicznej odbyła się konferencja „Edukacja ekologiczna osób niepełnosprawnych w polskich parkach narodowych – nowe metody i najlepsze praktyki edukacyjne na obszarach przyrodniczo cennych”. Konferencja miała za zadanie umożliwić wymianę doświadczeń, omówienie sposobów realizacji zadań oraz opracowanie wspólnych wytycznych dla parków narodowych. 
Mnie dane było opowiedzieć o edukacji ekologicznej osób niepełnosprawnych w Poleskim Parku Narodowym. Przedstawiłem realizowane projekty, sposoby prowadzenia zajęć oraz elementy przystosowania naszych ścieżek dla potrzeb osób niepełnosprawnych. Ostatni aspekt to niezwykle trudne zadanie, ponieważ istnieją różne rodzaje niepełnosprawności. Trzeba szukać rozwiązań, służących każdemu, kto chce skorzystać ze ścieżki. Na etapie projektowania nowych urządzeń, szlaków, wystaw, itp. należy uwzględnić potrzeby osób niepełnosprawnych i skonsultować z nimi projekt. Dopiero akceptacja z ich strony zweryfikuje użyteczność rozwiązań. 

Otoczenie Karkonoskiego Centrum Edukacji Ekologicznej fot. autora

Warto korzystać także z doświadczeń i dobrych praktyk stosowanych w innych jednostkach, zajmujących się edukacją. Zajęcia powinny być dostosowane zarówno pod względem merytorycznym, jak i praktycznym do potrzeb osób niepełnosprawnych. Konieczne jest dokładne ustalenie z opiekunami grupy przebiegu zajęć, sposobu ich realizacji, czasu trwania, a także omówienie zagrożeń i trudności. Warto nawiązać szeroką współpracę z ośrodkami i warsztatami terapii zajęciowej dla niepełnosprawnych.
Tyle teorii, a jak to wygląda w praktyce? Podczas konferencji mieliśmy możliwość skonfrontowania naszych założeń z rzeczywistością. Jednym z zaproszonych gości był pan Adam z Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych, który opowiedział o tym, „jak to jest robione” w Lasach. Jego spojrzenie było tym bardziej ciekawe, gdyż pan Adam na co dzień porusza się na wózku inwalidzkim. Okazuje się, że niestety często brak nam empatii i doświadczenia, przez co rzeczy, z założenia mające służyć niepełnosprawnym, stają się bezużyteczne, a nawet niebezpieczne. Wczucie się w sytuację niepełnosprawnego podczas projektowania ścieżki czy wyposażania sali edukacyjnej jest więc kwestią niezbędną! Przytoczę wypowiedź kolegi Marka Kota z Tatrzańskiego Parku Narodowego: „Wszyscy chcemy być równo traktowani”. Dlatego trzeba przeciwdziałać wykluczeniu, zwłaszcza w takich miejscach, jak parki narodowe, które są skarbem nas wszystkich. 

Niezwykły gość konferencji  pan Jarosław Rola, paraolimpijczyk, konstruktor handbike’ów górskich.  fot. autora

Jednak, tak jak wspomniałem, edukacja ekologiczna w parku powinna odbywać się przede wszystkim w terenie. Drugi dzień konferencji rozpoczął się dlatego od wizyty na ścieżce do Wodospadu Szklarki. Dyrektor Karkonoskiego Parku Narodowego, pan Andrzej Raj  przedstawił historię powstania ścieżki dla niepełnosprawnych, opowiedział o problemach technicznych i formalnych, które trzeba było pokonać, żeby ścieżka powstała. Kolejnym punktem dnia było przejście wysokogórską ścieżką, przygotowaną dla osób niepełnosprawnych. Pojechaliśmy do Karpacza i wyciągiem dostaliśmy się na Kopę. Przy pięknej pogodzie „przetestowaliśmy” czarny szlak – od stacji wyciągu na Kopę do Śląskiego Domu. Uwagi Pana Adama Dudzina z RDLP co do nawierzchni, barierek, przeszkód i udogodnień okazały się bezcenne, a widoki spod Domu Śląskiego niezapomniane.




Widoki z wysokogórskiej ścieżki przygotowanej dla osób niepełnosprawnych.  fot. autora

Przyszedł czas zakończyć swoją podróż służbową. Bardzo serdecznie dziękuje wszystkim organizatorom oraz kolegom i koleżankom z pozostałych parków narodowych. Przyznam szczerze, że konferencja otworzyła mi oczy na wiele spraw. Wracam więc zmotywowany do pracy, z głową pełną pomysłów. Mam nadzieję, że wystarczająco dobrze rozliczyłem się przed Wami z mojej podróży służbowej.

Na koniec chciałbym jeszcze podzielić się linkiem do filmu, który pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych :) 


czwartek, 15 października 2015

Ścieżka zastępcza

Długo zastanawiałem się, o czym napisać kolejny tekst. O pierwszym i jedynym – jak do tej pory – grzybobraniu w tym roku? O młodych żółwiach, które nie tak dawno przyszły na świat? A może coś o zielonych szkołach i zajęciach, prowadzonych w ramach programu „Misja Przyroda”? Dużo tematów, dużo spraw, dużo różnych wątków, które warto byłoby poruszyć, więc jak tu się zdecydować?

To ciągłe zastanawianie i trudność w podjęciu ostatecznej decyzji sprawiły, że we wrześniu nie pojawił się na blogu żaden wpis, za co bardzo przepraszam, biję się w pierś, gorzko żałuje i obiecuję poprawę. Spośród wielu branych pod uwagę tematów postanowiłem wybrać wreszcie ten najbardziej aktualny i z mojego punktu widzenia najbardziej ciekawy. Wszystko zaczęło się dwa tygodnie temu…

Każdy, kto odwiedził Poleski Park Narodowy, wie doskonale, że naszą sztandarową ścieżką przyrodniczą jest „Dąb Dominik”. Mamy tam pełną przekrojówkę siedlisk i zbiorowisk, charakterystycznych dla naszego Parku. Od grądów, poprzez drągowiny sosnowe i olsy, na mszarach i borach bagiennych kończąc. To piękna ścieżka, nie tylko z punktu widzenia przyrodnika, ale przede wszystkim turysty. Tak zwany „Dominik” cieszy się bowiem największym uznaniem odwiedzających, których z każdym rokiem przybywa. Co by się więc stało, gdyby tak nagle zamknąć najbardziej popularną ścieżkę w PPN?
Kładki na "Dominiku" to ulubione miejsce turystów fot. autora
Właśnie w tym roku rozpoczął się jej remont, polegający na wymianie wszystkich kładek biegnących po ulubionych przez wszystkich bagnach. Długo odkładaliśmy decyzję o całkowitym zamknięciu ścieżki i staraliśmy się jak najmniej utrudniać zwiedzanie  turystom. Jednak ostatni etap prac, ze względów bezpieczeństwa, uniemożliwia wejście na ścieżkę. „Jak żyć?” – cytując klasyka. Przełom września i października to akurat idealny czas na wycieczki szkolne, które licznie przybywają do nas każdego dnia (ostatnio biję rekordy na kasie fiskalnej, sprzedając bilety). Turystów trzeba gdzieś przekierować. Tylko gdzie?


Zdecydowaliśmy, że będzie to ścieżka przyrodniczo-historyczna „Obóz Powstańczy”, przede wszystkim ze względu na bliskość wspominanego „Dominika”. Zanim jednak zaczęliśmy wysyłać tam masowo wycieczki, postanowiłem zrobić mały rekonesans, by odświeżyć sobie to i owo, a przy okazji podreptać po lesie i kładkach. To, czego stałem się świadkiem, przerosło zdecydowanie moje oczekiwania…

Ale ścieżka "Obóz Powstańczy" ma równie ciekawe kładki fot. autora

Było to mniej więcej dwa tygodnie temu. Zaraz po pracy wsiadłem na rower i udałem się do miejscowości Lipniak, gdzie ścieżka bierze swój początek. Po uwiązaniu pędzidła do ogrodzenia udałem się w stronę lasu. Na „Obozie Powstańczym” zawsze odczuwam powiew tajemniczości; w powietrzu unosi się jakby niedopowiedziana historia. Sekret, który chce się poznać. Wiem, że brzmi to przesadnie, ale w lipniackim lesie faktycznie coś jest. Lubię tędy spacerować i zastanawiać się, jak było tu w czasie powstania styczniowego, kiedy Karol Krysiński zakładał tu obóz. Jak radzili sobie powstańcy na poleskich bagnach? Biorąc pod uwagę fakt, że obóz nigdy nie został odnaleziony przez wroga – chyba nie najgorzej. Ale wróćmy do młodego Parkowca, idącego przez las…

„Obóz Powstańczy” prowadzi do wieży widokowej na skraju łąk „Pociągi”. Gdy dotarłem na wieżę, obejrzałem dokładnie okolicę przez lornetkę. Niestety na horyzoncie nie ukazał się żaden ptak, żaden łoś czy inne żywe stworzenie. Tylko przestrzeń. Postanowiłem trochę poczekać. Powiem Wam w sekrecie, że właśnie ta wieża jest jednym z lepszych miejsc do obserwacji żurawi, które gromadzą się w okolicy na tak zwane noclegowiska. Nie musiałem długo czekać, ciszę zaczęły przerywać „okrzyki” tych cudownych ptaków, szykujących się do snu na „Pociągach”. Siedziałem na wieży dobrą godzinę, obserwując lądujące ptaki i wsłuchując się w ich klangor. Gdy już miałem wracać, usłyszałem coś jeszcze: coś, co zjeżyło mi włosy na karku…
Żurawie często wybierają "Pociągi" na miejsca noclegowe fot. autora

To był ryk, ryk jelenia. Tak się składa, że wrzesień to niezwykły czas dla jeleni. Szlachetni panowie, starając się o względy wybranek, rywalizują ze sobą na głosy. Bywa, że sama siła głosu nie wystarczy. Jelenie stają wówczas ze sobą w szranki, równie niebezpieczne, co piękne. Nastał czas rykowiska. Gdy tylko byk zakończył swój popis, zapanowała absolutna cisza. Nawet żurawie zdawały się ucichnąć, by nie niszczyć podniosłości chwili. I zaledwie po upływie dwóch oddechów usłyszałem kolejny ryk, tym razem dużo bliżej. Zdecydowanie należał do starego byka… Byłem przekonany, że jeleń, który odezwał się jako pierwszy, od razu zrozumie, że nie ma czego tu szukać, jednak po upływie kilku chwil odezwał się równie potężnie i donośnie. „Będzie ciekawie” – pomyślałem. Dwa potężne samce ryczące do siebie w jesienny wieczór gdzieś na skraju bagien. Na tym jednak nie koniec emocji. Do naszej ryczącej dwójki dołączył kolejny byk! Ten, z oddali, od północnej strony, odezwał się raczej z przyzwoitości, jakby mówił: „Hej! Chłopaki, tutaj jestem!”. Dwa lipniackie byki niewiele sobie zrobiły z tej odzywki… Na parkiecie jednak pojawił się kolejny gracz – równie utalentowany, co dwa pierwsze. Odezwał się z jednego z grądzików pośród łąk. Od tej chwili stałem się świadkiem koncertu na trzy głosy z czwartym, w roli chórku, w tle. Żaden z byków nie odpuszczał i kto wie, czy ich pojedynek nie miał swojego zakończenia w postaci prawdziwej walki.
Potęga sama w sobie - byk z Polesia fot. S.Wróbel
Niestety nie było mi dane być świadkiem potyczki face to face, ale bitwa na głosy i tak zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Siedziałby człowiek na wieży i do rana, wsłuchując się w odgłosy lasu, zwłaszcza tak niezwykłe, jak te, w czasie rykowiska. Trzeba było jednak wrócić do domu i usiąść przed laptopem, by podzielić się tym wszystkim z Wami. Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was na ścieżkę „Obóz Powstańczy” na podobne bądź jeszcze wspanialsze przygody!

czwartek, 13 sierpnia 2015

Пусть всегда будет солнце (Zawsze niech będzie słońce)

słońce wszystkim daje się we znaki...
O czym mógłby napisać Parkowiec, jak w ostatnich dniach nie ma innych tematów do rozmów tylko o fali upałów, która nawiedziła nasz kraj? Wszędzie, w pracy, na ulicy, w radio czy telewizji słychać ciągle o wysokich temperaturach i o konsekwencjach jakie za sobą niosą.  Artykuł ten nie powstał tylko po to by popłynąć na fali medialnej popularności „żaru z nieba”, ale po to żeby przyjrzeć się temu problemowi z trochę innej strony. Wszyscy bowiem mówią o tym jak to im źle, jak ciężko jest wytrzymać oraz jakie straty w gospodarce i rolnictwie powoduje susza. Ciężko jednak znaleźć informację o przyrodniczych konsekwencjach takiej, a nie innej aury. W tym jakże „gorącym” tekście postaram się podać kilka przykładów  tego, że dobrze nie jest.

Jednak aby poznać konsekwencje, trzeba lepiej przyjrzeć się przyczynom. Faktycznie trwająca już od jakiegoś czasu (i mająca jeszcze trochę potrwać) zwrotnikowa pogoda ma bardzo, negatywny wpływ na poziom wód i nie ma co umniejszać negatywnej roli tego zjawiska. Prawda jednak jest taka, że nasz kraj nigdy nie był zasobny w wodę. Na  jednego mieszkańca naszego kraju przypada  ok.1500 m3 wody na rok. Jest to ilość trzykrotnie mniejsza od  średniej europejskiej  i  aż 4,5 razy mniejsza od przeciętnej dla świata! Warto przy tym podkreślić, iż wskaźnik dostępu do wody niższy od 1500 m3/rok/osobę uważany jest powszechnie za bardzo mały i wywołuje poważne perturbacje w gospodarowaniu zasobami wodnymi.

Zasoby wody w naszym kraju tworzą głównie wody opadowe i roztopowe, a sami doskonale wiecie jak dużo śniegu roztopiło się w tym roku i jak ulewne deszcze nawiedziły nasz kraj w ostatnim czasie. Także widmo suszy krążyło nad nami już od wiosny, a obecne tropiki są tylko wysuszoną wisienką na tym  ciepłym torcie.

susza nie sprzyja zachowaniu torfowisk


Zastanówmy się teraz nad konsekwencjami takiej sytuacji, od najoczywistszych do najbardziej szczegółowych. Pierwsze skojarzenie - pożary. Ściółka w lesie nie różni się obecnie wiele więcej od rozpałki do grilla, także najmniejsze, najdrobniejsze (serio, niedopałek czy niedogaszona zapałka wystarczy) zaprószenie ognia może przynieść pożar na znacznym ternie. Zagrożenie jest ogromne, tak że proszę Was o zdrowy rozsądek i trochę „pomyślunku”  podczas przechadzek po lesie.
Ciężko jest sobie wyobrazić Park Narodowy o charakterze wodno-torfowiskowym bez wody. Sytuacja może nie jest jeszcze tak dramatyczna, ale na pewno nie sprzyja zachowaniu i utrzymaniu torfowisk w optymalnych dla nich stanie.  Zwierciadło wód gruntowych obniżyło się na tyle, że na podmokłych zazwyczaj łąkach, obecnie sterczą tylko suche źdźbła trawy. A takie podmokle siedliska to  idealne, a czasami jedyne miejsca do życia dla wielu gatunków roślin i zwierząt, w tym rzadkich i zagrożonych.  

Sytuacja nie jest wcale lepsza jeśli chodzi o zbiorniki wodne. Co prawda nie da się jeszcze suchą stopą przejść przez jezioro Łukie, ale obniżenie się zwierciadła wody, przyśpieszy procesy zarastania jezior przez trzciny i osokę  aloesowatą. Brak świeżej, natlenionej wody nie sprzyja również rybom żyjących w naszych zbiornikach. Za to ptaki, które polują na rybki mają się świetnie. Czaple, kormorany czy nawet bociany korzystają z okazji i ucztują na płyciznach w najlepsze.

nawet wydra nie dowierza, że jej  ulubiona
rzeczka praktycznie wyschła
Niski poziom wód i wysoka temperatura nie pozostają bez wpływu na pozostałe zwierzęta zamieszkujące nasze ostoje. Ciężko jest zobaczyć zwierzynę na otwartej przestrzeni, chowa się ona w niedostępne tereny, by w cieniu uniknąć przegrzania. Zanikają niewielkie rozlewiska, zaczyna więc brakować miejsc do żerowania dla bekasów czy innych ptaków związanych z mokradłami. Niewielkie zbiorniki wodne to idealne miejsce dla młodych żółwi błotnych, które chronią się tam przed niebezpieczeństwami. Wysychające oczka zmuszają żółwiki do opuszczenia ich naturalnych schronień i szukania nowego, bardziej mokrego domu. Jednak podczas takiej wędrówki, młode żółwie nie mają lekko, są bowiem narażone na ataki drapieżników, które w normalnych warunkach nie mają szans na ich schwytanie. Bobry robią co mogą aby zatrzymać jak najwięcej wody na swoim terytorium, ale wkrótce i je może dotknąć susza. Minimalny poziom wód dla rodzinny bobrowej to 80 cm, a jeśli wkrótce nie przyjdą deszcze…

młode żółwie podczas pieszych wędrówek, są szczególnie narażone na zagrożenia

Tegoroczne nasadzenia drzew również nie mają z górki, ich system korzeniowy nie wykształcił się jeszcze na tyle by sięgnąć w głąb gruntu po odrobinę wody. Trudno się dziwić, że usychają sadzonki, gdy kilkudziesięcioletnie drzewa zaczynają mieć problemy z „pragnieniem”. Żółkną liście na brzozach, lipach czy grabach i zanim się obejrzymy las pokryje się wielobarwnym kobiercem liści na długo przed nadejściem jesieni.

O skutkach takiej aury i suszy można by jeszcze długo pisać, ponieważ ma ona wpływ nie na wybrane osobniki czy gatunki, a na całe ekosystemy. Jednak jeszcze jedne stworzenia zasługują na szczególną uwagę – pszczoły. Susza daje się im we znaki w szczególny sposób. Z powodu usychania kwiatów zaczyna brakować roślin z których można zbierać pyłek i nektar którymi się odżywiają. W przydomowej pasiece mojego taty zaobserwowałem natomiast ule „oblepione” pszczołami. Owady te w ten sposób regulują temperaturę w ulu, aby nie doszło do przegrzania i wymierania czerwiu. Również wszelkiego rodzaju poidła ściągają znaczne ilości skrzydlatych zapylaczy. Trzy krople wody z kranu, które upadną na ziemię, ściągają pół roju który tej wody potrzebuje. To pokazuje jak bardzo brakuje wody również tym najmniejszym z najmniejszych.


Cóż można więcej dodać, każdemu z nas upały dały się już na pewno we znaki. Mam nadzieję, że wkrótce spadnie deszcz, potrzebny zarówno nam wszystkim, jak i przyrodzie, a nawet przede wszystkim jej. Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wszystkim czytelnikom odrobiny cienia i czegoś chłodnego do picia podczas czytania tego tekstu.  

Zdjęcia: Sławomir Wróbel 

sobota, 18 lipca 2015

Czy będzie dobrze, Panie Bobrze?



castor fibrer
Bóbr europejski fot. T. Nita
Mało które zwierzę w ostatnim czasie wzbudza tak wiele emocji, jak bóbr. Ze względu na liczne szkody wyrządzane przez bobry, w ostatnim czasie podnoszą się głosy o konieczności redukcji ich liczebności. Jeszcze niedawno były prawdziwą osobliwością. Występowały nielicznie, na mało dostępnych terenach. Dziś, po wielu latach wspólnych działań na rzecz ochrony tego gatunku, bobry na dobre wpisały się w krajobraz faunistyczny Polski. Występują praktycznie w każdym miejscu, w którym znajduje się woda oraz odpowiedni pokarm. Jednak tam, gdzie krzyżują się interesy bobrów i ludzi, pojawiają się konflikty. Bobry nie znają prawa własności, podziałów administracyjnych, nie znają także aktualnych cen drewna. Powodują szkody w gospodarce człowieka.

Ich znaczenie dla środowiska jest jednak bezcenne. Nie bez powodu jeszcze w średniowieczu zostały objęte ochroną, a dozór nad nimi – w imieniu króla – prowadził bobrowniczy. Bobry potrafią przekształcić środowisko na własne potrzeby jak żadne inne zwierzę. Budując tamy, tworzą niekiedy rozległe rozlewiska, będące domem wielu gatunków ryb i płazów. Stwarzają również idealne warunki do żerowania dla licznych ptaków wodnych. Obecność bobrów korzystnie wpływa na retencję wód, poprawiając stosunki hydrologiczne na danym terenie. Udało się dzięki nim zatrzymać procesy murszenia wielu torfowisk, a znaczna część terenów odzyskała swój dawny, mokradłowy charakter. 
solidna konstrukcja bobrów
Tama bobrowa fot. M.Tokarzewski
powalony konar
Jedna ze szkód powodowanych przez bobry
Ciężko stwierdzić, czy dane działanie bobrów na konkretnym terenie sprzyja planom człowieka, czy raczej je krzyżuje. Wszystko zależy m.in. od sposobu użytkowania danego gruntu, rodzaju i wielkości strat poniesionych przez właściciela czy od samego nastawienia ludzi. Podtopienie łąki w następstwie budowy tam bobrowych może na przykład utrudniać koszenie i zebranie siana w jednym sezonie, jednak w kolejnym potrafi korzystnie wpłynąć na plon, w przypadku wystąpienia suszy. Zalanie fragmentu lasu może być katastrofą dla jego użytkowników, ale przyrodnicy znajdą w nim obszar niezwykle cenny pod względem bioróżnorodności. Dlatego przy ocenie rozmiaru szkód bobrowych trzeba brać pod uwagę wszystkie możliwe czynniki i opinie zainteresowanych stron. Najczęstszymi konfliktami między ludźmi a bobrami są te, powstałe na styku działalności bobrów i gospodarki rolnej.

Koegzystencja ludzi i bobrów na danym terenie jest możliwa tylko i wyłącznie w przypadku kompromisu. Otwarta walka z tymi zwierzętami jest praco- i czasochłonna i nie przynosi zamierzonych efektów. Rozebrane tamy mogą zostać odbudowane w ciągu jednej nocy, przesiedlenie bobrów w odległe miejsce skutkuje zasiedleniem wolnej niszy przez inne osobniki. Poza tym brakuje obecnie miejsc, w których bobrów nie ma. Ministerstwo Zasobów Naturalnych Kanady w jednej ze swoich publikacji podkreśliło, że najlepszym rozwiązaniem jest akceptacja działań bobrów i zapewnienie im spokoju. Inną propozycją w publicznej debacie jest wznowienie odstrzałów bobra, jednak doświadczenia krajów, w których gatunek włączono w gospodarkę łowiecką, pokazują niską skuteczność takiego rozwiązania. Jednym z powodów jest specyfika gatunku. Bobry tworzą grupy rodzinne złożone z dorosłych i dzieci, a odstrzał nawet kilku osobników nie powoduje opuszczenia zajmowanego przez nie terytorium. Nawet gdyby wyeliminować całą grupę rodzinną, opuszczony habitat zasobny w bazę pokarmową szybko zostałby zajęty przez inne bobry.

Bóbr jest idealnie przystosowany do życia w środowisku wodnym fot. S. Wróbel
Analiza wielkości rodzin i liczebności pojedynczych miotów wykazała zwiększenie potencjału rozrodczego bobrów na terenach, gdzie najsilniej prowadzona jest gospodarka łowiecka. To normalna odpowiedź gatunku na presję środowiska.
           
strój bobra
 Przyjacielski bóbr fot. Ł. Tokarzewski
Propozycja odstrzału bobrów jest trudna do realizacji także z przyczyn logistycznych. To zwierzęta aktywne nocą, zamieszkują tereny trudnodostępne, a większość czasu spędzają w wodzie. Utrudnia to oddanie strzału, ale i samo podjęcie zwierzyny, a stosowanie wszelkiego rodzaju pułapek – z punktu widzenia ekologów i samych myśliwych – jest nieetyczną metodą polowań.

Trzeba znaleźć takie rozwiązania, które z jednej strony skutecznie złagodzą skutki działalności bobrów, z drugiej – nie wpłyną negatywnie na ich liczebność. Kompromis między ludźmi a bobrami byłby pięknym przykładem  idei zrównoważonego rozwoju.

Odpowiednie zabiegi, a także metody techniczne pozwalają na znaczące ograniczenie szkód powodowanych przez bobry na zamieszkiwanych przez nie terenach. Stosowane działania zmniejszają nie tylko liczbę i kwoty odszkodowań, ale również zwiększają świadomość ekologiczną mieszkańców.



poniedziałek, 22 czerwca 2015

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…

rozpoczęcie konferencji
Pan dyrektor Jarosław Szymański  otwiera konferencję (fot. A. Różycki)
Może to niezbyt trafiony tytuł, ale faktycznie – teraz gdy pomyślę o wydarzeniach, które będę za chwilę opisywał, wydają się bardzo odległe, mimo że miały miejsce stosunkowo niedawno, bo pod koniec maja. Od tamtego czasu w Poleskim Parku Narodowym działo się naprawdę dużo. Obchodziliśmy Dzień Dziecka, przeprowadziliśmy kolejny pieszy rajd „Szlakami Żółwia”, dopingowaliśmy uczestników finału Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy o Poleskim Parku Narodowym – to tylko część naszych ostatnich działań. Dziś natomiast chciałbym podzielić się z Wami wrażeniami z obchodów Jubileuszu 25-lecia Poleskiego Parku Narodowego.
    

Kwartet smyczkowy "OFFandBach"
Kwartet smyczkowy "OFFandBach" (fot. A.Różycki)
W dniach 21-23 maja w Urszulinie odbyła się konferencja  z okazji jubileuszu zatytułowana „Polesie w Naturze. Habitaty, gatunki, krajobrazy – różnorodność biologiczna a rozwój cywilizacyjny. 25 lat PPN" (Uff, udało się powtórzyć bez popełnienia błędu). Pierwsze dwa dni miały bardzo oficjalny, wręcz uroczysty charakter. Swoją obecnością zaszczycił nas Minister Środowiska, Pan Maciej H. Grabowski, a całości konferencji towarzyszyła wspaniała muzyka kwartetu smyczkowego OFFandBach, uświetniająca całe wydarzenie.

Jednakże najlepsze miało dopiero nadejść: trzeciego dnia obchodów odbył się Festiwal Przyrody. Otwarta impreza, zlokalizowana na terenie ogrodu dydaktycznego przy budynku dyrekcji Parku. Pomimo niezbyt sprzyjającej aury odwiedziła nas bardzo duża grupa osób. Wszystko po to, by wspólnie świętować, bawić się a przy okazji korzystać ze wszystkich atrakcji, które przygotowaliśmy na ten dzień. Odwiedzający mieli okazję przespacerować się „ścieżką zmysłów”, potrenować rzuty szyszką do celu, czy poukładać puzzle 3D z drewnianych klocków. Każdy miał możliwość wysłuchania wspaniałych występów zespołów, takich jak Rokiczanka czy Los Centauros, pośmiać się wspólnie przy repertuarze kabaretu K2, czy podziwiać fantastyczne widowisko z ogniem, przygotowane przez Słowiański Gród w Wólce Bieleckiej.

Taniec z ogniem w wykonaniu Słowiańskiego Grodu w Wólce Bieleckiej
Taniec z ogniem w wykonaniu Słowiańskiego Grodu w Wólce Bieleckiej
(fot. A. Różycki)
Oj, działo się podczas 25-lecia. Nie zdajecie sobie nawet sprawy jak wiele czasu, ciężkiej pracy i poświęcenia wymagało wspomniane przedsięwzięcie od całej załogi Parku. Jednakże sądząc po opiniach obecnych, było warto.


A jak w tym wszystkim odnalazł się Młody Parkowiec? Och! Odnalazł się w „bobrzej skórze” i przez cały czas osładzał nieco życie wszystkim obecnym okolicznościowymi krówkami. W stroju bobra człowiek faktycznie mógł pozwolić sobie na trochę więcej luzu, jednak nie była to lekka i przyjemna fucha, jak mogłoby się zdawać. Tak czy inaczej, z bobrem czy bez – imprezę uważam za bardzo udaną. I mówię to szczerze jako pracownik, jako uczestnik, a nawet jako bóbr. Dziękuję w imieniu pracowników PPN wszystkim obecnym za przybycie i wspaniałą atmosferę. Mam nadzieje, że będziecie z nami przez następne 25 lat. :)   

Bóbr i żółw w rytmie Rokiczanki
Bóbr i żółw w rytmie Rokiczanki (fot. S. Wróbel)

poniedziałek, 18 maja 2015

Dziki „Perehod”

Staw Dziki
Staw Dziki na ścieżce "Perehod" fot. M.Tokarzewski
Wiele jest miejsc na terenie Poleskiego Parku Narodowego, które potrafią chwycić za serce. Wschód słońca nad torfowiskami Bagna Bubnów, uginająca się pod nogami spleja na Jeziorze Moszne czy kilometry krętych kładeczek na ścieżce przyrodniczej „Spławy”. Każde z tych miejsc jest piękne, każde inne, a na pewno każde wyjątkowe. Jest jednak takie miejsce, które odwiedzam zdecydowanie częściej od pozostałych. Jakaś siła ciągnie mnie tam nieustannie na kolejne wędrówki. Mowa o ścieżce przyrodniczej „Perehod”.

Pokochałem (nie bójmy się tego słowa) to miejsce już dawno temu, na długo przed rozpoczęciem pracy w parku. To właśnie tam uciekałem rowerem z ostatnich lekcji (mam nadzieje, że żaden z moich nauczycieli tego nie czyta), aby pospacerować na łonie dzikiej natury. „Perehod” rozpoczyna się w miejscowości Pieszowola i prowadzi nas wokół stawów rybnych. Woda przyciąga tu ogromne ilości ptaków, stąd ornitologiczny charakter ścieżki. Aby umożliwić obserwację dzikich „ptaszorów” bez zakłócania ich spokoju, PPN doposażył ścieżkę w specjalną infrastrukturę. Znajdują się tam dwie wieże widokowe i specjalny, zakamuflowany od strony wody, schron ornitologiczny, z którego poprzez lunetę, lornetkę czy obiektyw aparatu możemy zobaczyć ptaki jak na dłoni.

Czaple białe
Czaple białe nad stawami w Pieszowoli fot. M.Tokarzewski
Schron ornitologiczny fot. M. Tokarzewski
Ścieżka jest najbardziej atrakcyjna właśnie wiosną, kiedy ptaki powracające z południa zatrzymują się tam, by uzupełnić braki elektrolitów i mieszanki białkowo-węglodanowej, czyli pokarmu. Oj, było kilka zimnych poranków, które spędziłem na jednej z wież widokowych, by o wschodzie słońca wsłuchiwać się w niezwykły ptasi koncert. Ostatnia wyprawa wyglądała jednak trochę inaczej. Niestety poranne wstawanie nie wychodzi mi tak dobrze, jak kiedyś, więc na ścieżkę wybrałem się porą popołudniową. Wraz z serdeczną koleżanką z sąsiedniego nadleśnictwa wybraliśmy się rowerami na poleski dukt, którego nie miała jeszcze okazji poznać. Przez cały czas starałem się w sposób fachowy opowiadać o tym, co tutaj widzimy, co spotkać możemy. Cóż – przynajmniej próbowałem. Nie licząc słabego przewodnika, sama wycieczka była dość udana. Po drodze spotkaliśmy liczne łabędzie nieme, udało się zaobserwować kilka czapli białych i wiele innych skrzydlatych mieszkańców Polesia: perkozów, łysek, kormoranów, kaczek krzyżówek czy gęsi. Co chwilę słychać było bąka, ptaka z rodziny czaplowatych, którego głos przynosi na myśl podmuchiwanie w pustą szklaną butelkę. Esencja „Perehodu” – nic, tylko odgłosy dzikiej natury.
 
Łabędzie na stawie Duża Zośka fot. M.Tokarzewski
Ale nie tylko ptaki były towarzyszami naszej wycieczki. W pewnym momencie koziołek – samiec sarny – ruszył niespodziewanie przez trzcinowiska, robiąc przy tym ogromny plusk, czym zdumiał nawet mnie. Idąc ścieżką przez grądowy las, usłyszeliśmy gdzieś za grabami nieśmiałe pochrumkiwanie. Młody dzik również stwierdził, że to idealna pora na spacer po ścieżce. Wszyscy stanęliśmy jak wryci: ja, koleżanka i dzik. Trwało dobrą chwilę zanim zorientował się, że jednak warto uciec w las. Szkoda, nawet nie sprawdziłem, czy miał ważny bilet wstępu. Jednak ciekawsze spotkanie miało dopiero nastąpić. Po wejściu na drugą wieżę widokową obserwowaliśmy panoramę stawu Duża Zośka i pływające po nim łabędzie.

Przez całą drogę pstrykałem jak oszalały aparatem, więc baterie miały prawo paść. Schowałem aparat do plecaka, a gdy mieliśmy już schodzić z wieży, usłyszeliśmy plusk. W odległości trzech metrów od nas dało się zaobserwować czarną plamę, a za nią siedem mniejszych i jaśniejszych plamek. Była to locha, samica dzika, wraz z młodymi warchlakami. Młodym, przemierzającym staw, znad wody wystawały tylko gwizdy, czyli ich ryjki. Po chwili przeszły przez trzciny pod samą wieżą widokową, wyszły na groblę, po której prowadzi ścieżka i pobiegły tak szybko, aż się za nimi kurzyło… 
Locha z pasiakami
Locha z młodymi fot. S. Wróbel
Mimo, że przemierzyłem tę ścieżkę setki razy, nie miałem nigdy wcześniej spotkania, tak bliskiego stopnia, z dzikami. I za to kocham najbardziej „Perehod” – zawsze ten sam, a równocześnie zawsze inny. Na koniec dobra rada, którą zapisałem sobie nawet na lodówce: zawsze miejcie naładowane baterie w aparacie. Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was na spacer po tej ścieżce przyrodniczej. Naprawdę warto!

PS Jeszcze jedno zaproszenie: korzystając z okazji, zapraszam wszystkich bardzo serdecznie na obchody 25-lecia Poleskiego Parku Narodowego. W dniach 21-24 maja udostępniamy wszystkie ścieżki i muzeum bezpłatnie, a 23 maja czeka nas fantastyczna zabawa podczas Festiwalu Przyrody przy dyrekcji PPN w Urszulinie. Do zobaczenia!

sobota, 25 kwietnia 2015

Wiosna, ach to Ty!

Przylaszczka
Przylaszczka pospolita fot. Marek Tokarzewski
Kiedy zapytamy kogoś o ulubioną porę roku, zazwyczaj usłyszymy odpowiedź – lato lub taką z przeciwnego bieguna – zima. Taka jest ludzka natura. Moją ulubioną porą roku jest zdecydowanie wiosna. Nie będzie w tym nic odkrywczego, jeśli powiem, że wiosną wszystko budzi się do życia, ale w tym tkwi cały jej urok. Mimo że w tym roku zima obeszła się z nami dość łagodnie, i tak nie mogłem się doczekać nadejścia dłuższych, cieplejszych dni. Poczyniłem nawet specjalne przygotowania, aby od razu z nadejściem wiosny ponownie wyruszyć na poleskie dukty. Zaopatrzyłem się w przewodnik dla ornitologa, wyremontowałem rower, który jest moim ulubionym środkiem transportu, a nawet dokładnie umyłem wszystkie okna w chatce Poleszuka, by nic nie przeszkadzało promieniom słonecznym w dotarciu do mojego domu. Nic, tylko czekać i wyruszać.

Miłosne uniesienia żurawi fot. Sławomir Wróbel
Wszystko zaczęło się dość obiecująco, bo już pod koniec lutego pojawiły się na terenie Parku pierwsze żurawie. Co więcej, nie tylko przyleciały, ale od razu poczuły do siebie miętę, by dać początek nowym pokoleniom. Ach, codziennie słychać było nowe doniesienia o nadejściu wiosny. Widziano pierwsze czajki, ktoś zaobserwował bociany, lecące z południa, łabędzie pojawiły się na stawach, a zaskrońce i żółwie błotne obudziły się z letargu i czerpały energię, wygrzewając się na słońcu. Jednym słowem – wiosna; nie ma nic piękniejszego od pierwszych ptasich treli, zwiastujących jej nadejście. Pełen zapału zacząłem budzić się wcześniej i wychodzić w teren. Jednak w naturze nie można niczego dokładnie przewidzieć.

zima zaskoczyła bociany
"Przyleć wcześniej mówili, będzie fajnie mówili" fot. Sławomir Wróbel
Gdy mogło się wydawać, że pociąg relacji: Wiosna – Park nabiera rozpędu, wszystko się zmieniło. Stare przysłowia: W marcu jak w garncu, albo Kwiecień plecień, co przeplata... w tym roku sprawdziły się idealnie – nastały chłodniejsze dni. Jakież było moje zdziwienie, gdy nastawiony na poranną wędrówkę, zamiast siadać na rower, musiałem odśnieżyć podjazd. Śnieg, na szczęście, nie poleżał zbyt długo, jednak porywisty wiatr i ochłodzenie powietrza zdecydowanie zniechęcały do pieszych bądź rowerowych wycieczek. Człowiek może planować, ale z naturą nigdy nie wygra.


W przyrodzie wszystko ma swój czas i miejsce. Od kilku dni mamy wiosnę przez duże w. W lasach rozpościerają się kobierce białych zawilców, odgłosy ptaków przerywają panującą od jesieni ciszę. Żaby moczarowe kończą już swoje niezwykle barwne zaloty, a na świat przyszły pierwsze nowe pokolenia zwierząt. Zazieleniło się cudownie na Polesiu. Znów mogę usiąść na rower i ruszać w las, by szukać tematów na najbliższe artykuły.


Wiosna fot. Sławomir Wróbel

piątek, 27 marca 2015

O wilku mowa

Dziś mam dla was inną, bo smutną historię. Niestety nie zawsze możemy cieszyć się z sukcesów w ochronie przyrody. Nie wszystkie działania przynoszą mierzalny efekt. Choćbyśmy podejmowali jeszcze więcej starań, nie uratujemy wszystkich zwierząt, roślin czy ekosystemów. Smutne, ale prawdziwe. Dziś podzielę się z wami smutną historią pewnej wadery – wilczycy.

Wilki od zawsze zajmowały szczególne miejsce w moim sercu. Dziecięcy lęk i strach stopniowo ustępowały miejsca fascynacji i chęci ochrony tych niezwykłych zwierząt. Za co najbardziej cenię wilki? Za całokształt i każdą rzecz z osobna. Obserwując te zwierzęta, nie można wyjść z podziwu dla ich inteligencji (w końcu oswoiliśmy je przed tysiącleciami, aby stały się najlepszym przyjacielem człowieka). Jednak w ludziach wilki zawsze budziły negatywne emocje. Kojarzone były z krwiożerczymi, bezlitosnymi bestiami, które należy tępić. Ludzie nie znoszą konkurencji, dlatego nie było miejsca dla wilków, jako kolejnego amatora polowań na grubego zwierza. Stworzyliśmy nawet historię o Czerwonym Kapturku, która już od młodości wpaja obraz złego wilka – pożeracza babć i małych dziewczynek. A przecież wilk nie zabija, jeśli nie musi. To odwieczny cykl natury: wilki polują na inne zwierzęta tylko po to, żeby same mogły żyć.

Często używamy sformułowania „samotny wilk”, jednak wilki nie są stworzone do życia w samotności. Tylko w rodzinie – watasze – są w stanie przetrwać. Wataha wilków jest niezwykłą społecznością. Panuje tu określona hierarchia, której podporządkowani są wszyscy członkowie rodziny. Pieczę nad wilczym stadem sprawuje zawsze para dominująca: samiec alfa – basior i samica alfa – wadera. To od nich zależy sprawność polowań oraz przyszłość  potomstwa. Mimo że tylko para dominująca wydaje na świat młode, opiekuje się nimi cała wataha. Więzi rodzinne u wilków są bardzo silne, a okazywaniem czułości wobec siebie biją nas, ludzi na głowę!

W Polsce jedna wataha może zajmować obszar ok. 100 km2, a jeden wilk potrafi pokonać dziennie do 70 kilometrów (!). Aby polować na grubą zwierzynę, zwierzęta te muszą cały czas się przemieszczać. Niestety w naszym kraju brakuje rozległych kompleksów leśnych, w których wilki mogłyby swobodnie polować na jelenie, będące ich ulubioną zdobyczą. Chociaż te niezwykłe zwierzęta objęte są całkowitą ochroną, nadal są bardzo zagrożone. Fragmentacja siedlisk, przecinanie kompleksów leśnych drogami asfaltowymi to największe zagrożenie dla wilków. Nie tylko pozbawiamy ich terytoriów łowieckich, ale narażamy bezpośrednio na kontakt z człowiekiem, i to człowiekiem zmotoryzowanym.

Wilk, w przypadku uderzenia przez samochód osobowy, nie ma najmniejszych szans na przeżycie. Ostatnio sam byłem tego świadkiem. W sąsiadującym nadleśnictwie, podczas inwentaryzacji łosi, w której brałem udział, napotkałem młodą waderę, leżącą tuż przy drodze. Prawdopodobnie goniąc za zwierzyną, przebiegła jezdnię i natrafiła na jadący samochód. Nie miała szans. Nie przypominam sobie bardziej smutnego widoku w całej  mojej dotychczasowej pracy.


Czy można było temu zapobiec? Czy jest jakiś sposób, by pogodzić interesy ludzi i przyrody? Odpowiedź pozostawiam Wam. 

Zdjęcia: Archiwum PPN oraz zasoby WWF

czwartek, 5 marca 2015

Edukacja - dar czy obowiązek?

Pierwsze skojarzenie dotyczące pracy w parku narodowym to przede wszystkim ochrona przyrody. Cóż, trudno się temu dziwić, skoro jest właśnie nadrzędnym celem takich miejsc. A Jak ma się do tego edukacja i udostępnianie parku? Czy one również mają znaczenie dla cennych walorów środowiskowych? Moim zdaniem zdecydowanie! I o tym właśnie będzie dzisiejszy tekst – o przygodach z edukacją w Poleskim Parku Narodowym.

Mój pierwszy kontakt z edukacją ekologiczną miał miejsce jeszcze w czasie trwania stażu. Zostałem poproszony o pomoc w organizacji zajęć „Zima w Parku”. To cykliczna impreza organizowana przez PPN podczas ferii zimowych, która z roku na rok przyciąga coraz większe grono młodych miłośników przyrody. Powiem szczerze, że byłem całkowicie przerażony. Nigdy wcześniej nie pracowałem z dziećmi! Czym je zająć? Jak zdobyć ich zainteresowanie? Obawiałem się najgorszego: że zostanę wyśmiany przez gimnazjalistów, że młodsze dzieci zasną po 5 minutach prelekcji, a zabawy, które przygotuję, okażą się nudne i nieciekawe. Nie miałem zielonego pojęcia, jak się do tego zabrać. Nadszedł czas „zimowiska”.
 
Pierwszy dzień zaczął się dla mnie wyjątkowo niefortunnie, ponieważ moją rodzinną miejscowość zaatakowała kolejna już „zima stulecia”. Zaspy sięgające czubka płotu nie dały mi szans na dotarcie do pracy… Przeprowadziłem tylko krótką rozmowę telefoniczną z kolegą na temat zajęć:
– Ile ich było?
– Siedemdziesiąt…

Panika. To słowo idealnie określa to, co się ze mną działo w tamtej chwili. Drugiego dnia przez śniegi, zaspy, mrozy i wichry dotarłem do Ośrodka Dydaktyczno-Administracyjnego Parku. Po godzinie 9 zaczęły pojawiać się pierwsze młode osoby. Najpierw kilka, za chwilę kolejna grupka – coraz więcej i więcej, aż w końcu utworzyła się gigantyczna kolejka do szatni. – Dziś „tylko” osiemdziesiąt – zażartował Pan Andrzej, a ja byłem blady jak ściana…

Aby opisać całe zimowisko, punkt po punkcie, musiałbym poświęcić cykl artykułów, dlatego przejdę do meritum. Moim zadaniem było przeprowadzenie interaktywnej zabawy z dziećmi – krzyżówki edukacyjnej. Stanąłem więc przed osiemdziesięciorgiem dzieci w wieku od 4 do 14 lat z mikrofonem w ręku i strachem w oczach, ale powiem Wam szczerze, że jakoś poszło.

W tym miejscu warto zacytować mojego tatę, leśniczego z długoletnim doświadczeniem: „Dzieci to wspaniali słuchacze, trzeba tylko zdobyć ich zainteresowanie”. Nie spodziewałem się, że dzieci tak chętnie wezmą udział we wspólnej zabawie. Zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Krzyżówka poszła im jak z płatka, a ja nabrałem większej pewności siebie w pracy z młodzieżą. Później było już tylko lepiej. Uczyliśmy się wspólnie piosenki Mądry liść, ćwiczyliśmy „poleską jogę”, a nawet układaliśmy puzzle 3D z drewnianych krążków. Całe zimowisko minęło bardzo szybko, okazało się przy tym cenną nauką nie tylko dla dzieci i młodzieży, ale również dla mnie, przyszłego (jak się miało okazać) edukatora w Poleskim Parku Narodowym.

Obecnie pracuję właśnie w Zespole do spraw Edukacji i Udostępniania Parku. To tutaj realizowane są wszystkie zadania, związane z przekazywaniem wiedzy, dotyczącej ochrony przyrody oraz zasad postępowania ze środowiskiem. Realizujemy wiele cyklicznych imprez (o których wspomnę pewnie w kolejnych tekstach), a z roku na rok obejmujemy coraz szersze grono odbiorców. Edukacja młodych pokoleń, moim zdaniem, ma kluczowe znaczenie w kształtowaniu prawidłowych postaw proekologicznych. Dzieci zdobytą wiedzę nie tylko wykorzystują w praktyce, ale również przekazują rodzicom. Efekt jest więc podwójny, a korzyści bez liku.

Na koniec tego wpisu chciałbym pokazać kilka prac, które otrzymałem od dzieci, podczas tegorocznej „Zimy w Parku”. W takich właśnie momentach człowiek widzi, że to, co robi ma sens.




Tekst : Marek Tokarzewski
Zdjęcia: Marek Tokarzewski i Andrzej Różycki


PS A tutaj link do krzyżówki, którą rozwiązywaliśmy z dziećmi na zimowisku, ciekawe jak Wy sobie z nią poradzicie