wtorek, 30 stycznia 2018

Wędrujący nocą



Dobra, zawiodłem. Obiecałem Wam tekst o sowach, ale niestety okoliczności (nie można ich nazwać łagodzącymi) zrewidowały plany i tekst o sowach pojawi się później. Co powiecie na termin w okolicy Nocy Sów? Będzie okazja, żeby o niej przypomnieć, zaprosić, a także – mam nadzieję – pokazać jaką sowią „pokrakę”. Na pocieszenie – styczniowy poemat Parkowca z Polesia i tak będzie o wędrujących nocą.


Sporo się działo w ostatnim czasie. Naprawdę bardzo się cieszę, że każdego dnia mam okazję obcować z poleską przyrodą. Jeszcze w grudniu kilka razy przemaszerowałem po nowo otwartej ścieżce dydaktycznej „Czahary”. Na pewno napiszę o niej więcej, kiedy nadejdzie właściwy czas. Ścieżka jest po prostu idealna dla miłośników bagien, kładek i poleskiej przyrody (czyli np. Parkowca). Odsyłam Was do krótkiej audycji Radia Lublin, w której miałem przyjemność wziąć udział z kolegą Grzegorzem. 


Kolejne dni w pracy upływały na przygotowaniu map, informatorów i odpowiednich tablic kierunkowych, a także redakcji artykułów prasowych o „Czaharach”. Bardzo pomocne okazały się uwagi i sugestie odwiedzających ścieżkę, którzy na bieżąco kontaktowali się z nami, jeśli coś budziło ich wątpliwości. 


I chociaż praca nad tekstami i mapami sprawia mi przyjemność, to z wielką radością przyjąłem wiadomość, że mam pomóc w corocznej akcji inwentaryzacji zwierzyny. Las, bagna – to jest to, co wciąga Parkowca. Brałem udział w liczeniu na terenie dwóch obwodów ochronnych (taki parkowy odpowiednik leśnictw): Orłów oraz Wola Wereszczyńska. Pogoda sprzyjała, mróz trzaskał aż miło, dodatkowo pomagało słońce – idealne warunki do liczenia, no i oczywiście fotografowania stworów, na czym – nie ukrywam – najbardziej mi zależało. Uzbrojony w kalesony, długie buty i ciepłą kurtę ruszyłem z kolegami z pracy w las. I na tym koniec mojego szczęścia. Chociaż tropów zwierzyny było sporo, żadna sztuka nie wyszła na bliskie spotkanie z aparatem. Czy one nie wiedzą o Facebooku? Jednym dobrym ujęciem można przecież wypromować każdego jelenia czy łosia! A te uparciuchy znalazły drogę, by ominąć celownik obiektywu Parkowca. Nie wolno się poddawać, wykorzystałem więc wolne popołudnia i po posileniu się zupą w chatce ponownie ruszałem w teren. Dzień robi się coraz dłuższy, więc można jeszcze poświęcić godzinę czy dwie na piesze wędrówki po okolicy. I tutaj znowu skucha – żadnych bliskich spotkań trzeciego stopnia z łosiami czy jeleniami, gdzieś w oddali jedna łania, innym razem świeża kupa zostawiona przez łosia (chyba złośliwa wiadomość: „Zobacz, byłem tu i tyle, możesz sobie sfotografować.”). Nie ustępowałem, dalej brnąłem przez śniegi i mrozy na spotkanie przeznaczeniu. 

I przeznaczenie wreszcie mnie dopadło. Pewnego popołudnia wybrałem się na pobliskie bagno, by podążać tropami łosi. Wykorzystałem czas, kiedy niedostępne zwykle tereny ściął mróz, tak że można było w miarę bezpiecznie wędrować środkiem torfowiska. Łosi (poza mną) żadnych tam nie było, a zaczynało zmierzchać, obrałem wiec azymut na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja!) i szedłem w kierunku chatki. Przedzierając się przez powalone konary olszyn i dość gęste zakrzaczenia, zobaczyłem skraj lasu – jestem w domu! Wybrałem jedyną możliwą ścieżkę, pomiędzy dwiema olszynami, mijając niepewny – mimo wszystko – rów i gęste krzaczory. Zrobiłem krok i poczułem opór. Spojrzałem w dół i zobaczyłem, że zostałem złapany we wnyki. Bardzo szeroka pętla stalowej linki objęła mnie w pasie. Zazwyczaj nie mam nic przeciwko podobnym czułościom, ale tym razem wezbrała we mnie wściekłość. Gdybyście mnie wtedy usłyszeli, zwiędłyby Wam uszy i nie odezwalibyście się do mnie nigdy więcej. Drugi koniec linki był przywiązany do olszy, obok której właśnie przeszedłem. Uwolniłem się z wątpliwej przyjemności objęć, zabrałem linkę i wróciłem do domu. 

Pętla zastawiona była na dużego zwierza. Skoro ja nie zauważyłem pułapki i dałem się złapać, to i łoś nie ominąłby raczej linki. Miejsce wybrane nieprzypadkowo – jedyne dostępne przejście w tamtym miejscu. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co ludzie zastawiający takie rzeczy w lesie mają w głowie? Łoś czy jeleń nie mają chwytnych kończyn jak Parkowiec, utknęłyby w pętli, szarpiąc się i powoli tracąc siły. Straszna śmierć, pełna bólu i bezsilności, zwłaszcza że kłusownicy nie sprawdzają zbyt często swoich pułapek, i raczej nie biegną na pomoc, by skrócić cierpienia zwierząt. W swoim życiu spotkałem się już nieraz z wnykami. Mniejsze, zastawione na pochylonej brzózce, by poderwać sarnę do góry, inne, czekające na lisa, który wybierze się przez rów po powalonym pniu, jeszcze inne w rowach, na trasie ścieżki zwierzyny. Nic, absolutnie nic nie usprawiedliwia takiego zachowania! Nie można tego tłumaczyć sytuacją materialną, bo jeśli kogoś stać na porządny stalowy drut, to i na kawałek mięsa by starczyło. Na szczęście coraz rzadziej spotyka się zatwardziałych kłusowników, chociaż jak pokazała moja historia – spotyka się. Ktoś powie, że to niska szkodliwość czynu. A mnie nawet teraz, gdy o tym piszę, serce ściska żal. Zwierzęta nie robią sobie nawzajem takiej krzywdy, a ponoć to my jako jedyni zostaliśmy obdarzeni rozumem… Cóż, najwidoczniej nie wszyscy.

Następnego dnia znowu wybrałem się na bagno za domem. Tym razem nie znalazłem wnyków, znalazłem coś innego. Nieopodal miejsca nieprzyjemnego zdarzenia znalazłem łosią łopatę! To moje pierwsze takie znalezisko, w dodatku tak okazałe. Czyżby nagroda za zdjęty wnyk? Mam nadzieję, że tego, który założył linki, spotka inna niespodzianka – bardziej odpowiednia.  



Na koniec chciałbym pokazać Wam, jak ja ostatnio złapałem łosia w pułapkę, oczywiście – fotopułapkę 😊 Oto wędrujący nocą.



3 komentarze:

  1. Rewelacja, dzięki za fotorelacje :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Na klusownika fotopułapkę zastawic. Bezczelni głupcy. I nie przepraszam za określenie.. Tekst wiadomo super.

    OdpowiedzUsuń
  3. Już Parkowiec myśli co by tu z owej łopaty pięknego zrobić.. ☺
    Wpis jak zwykle zabawny i ciekawy,"wciągający"...

    OdpowiedzUsuń